Wyprawa w Bieszczady – zdjęcia

W te wakacje byłam w Bieszczadach dwa razy. Raz zupełnie sama, drugi z przyjaciółmi.
A oto zdjęcia z tych dwóch wypadów ;)

Widok z przystanku w Kalnicy
Bieszczady Droga z Kalnicy do SmerekuBieszczady Na połoninie Wetlińskiej, gdzie byłam z siedemnasto kilowym plecakiem. Szłam szlakiem czerwonym z Kalnicy aż po Brzegi Górne.Bieszczady Bieszczady Bieszczady Bieszczady Bieszczady Te uczucie, gdy spojrzysz w tył i zobaczysz jaką drogę już pokonałaś/eś…Bieszczady BieszczadyCzterdzieści minut schodzenia, gdzie kijki naprawdę się przydały. Non stop po stromiźnie.
Bieszczady A to chmura w Polańczyku. Niestety nie zrobiłam tam ciekawszych zdjęć (xD) Nie chcę wstawiać ludzi na plaży ;)BieszczadyTu się zaczyna druga wyprawa, tym razem z przyjaciółmi. Wejście na Połoninę Caryńską – tego dnia przyjechaliśmy i nikomu po nieprzespanej nocy nie chciało się wchodzić na samą górę. Z resztą były chmury ;)
Bieszczady A tak wyglądało na dole.Bieszczady Bieszczady Bieszczady Teraz wchodzimy na Tarnicę. Czerwony szlak od Ustrzyk Górnych (tam i z powrotem).Bieszczady Bieszczady Za dużo zdjęć nie ma, bo jedyne co widzieliśmy to… chmury. Jedna, wielka biel, tak gęsta, że widoczność spadła do około 15 metrów. Dopiero pod koniec się odrobinę rozchmurzyło.Bieszczady Bieszczady BieszczadyBieszczady Bieszczady

BieszczadyBieszczady Wracając w końcu mogliśmy coś zobaczyć :D I zaczęliśmy się dziwić, że tak dużo przeszliśmy heheBieszczady A następnego dnia weszliśmy na Wielką Rawkę także z Ustrzyk Górnych.Bieszczady Bieszczady Bieszczady Bieszczady Bieszczady Bieszczady Bieszczady Czysta woda – skarb górBieszczady

Później pojechaliśmy do Polańczyka, gdzie już nie brałam ze sobą aparatu ;)

Nie jestem fotografem, ale mam nadzieję, że choć trochę przybliżyłam Wam jak wyglądają te góry. Mam oczywiście więcej zdjęć, ale tam już są ludzie i my. Nie będę ich tu wstawiać ;)
Inną sprawą jest też to, że na żywo wszystko wygląda o niebo lepiej. Czujesz wiatr na skórze, zmęczenie wspinaczką, dumę z siebie i podziw dla natury, która stworzyła takie piękno. Trzeba to po prostu przeżyć i zobaczyć samemu.
Będąc tam zastanawiałam się, czy wolę chodzić z kimś, czy samej. Nie znalazłam odpowiedzi. Obie te formy mają swoje plusy i minusy. Będąc samej bardziej uważałam i nigdy niczego nie zapomniałam, co zdarzało mi się będąc z Nimi. Poczucie bezpieczeństwa czasem szkodzi.

Pozdrawiam :D

Granica komfortu – samotny wypad w Bieszczady

Wczoraj wróciłam ze swojej pierwszej, samotnej wyprawy w Bieszczady. Plecak z całym wyposażeniem już został odstawiony na bok, by czekać na kolejny wypad. Będzie na pewno. I to w sierpniu.

Byłam jedynie trzy dni – pięć, jeśli licząc dojazd. Pierwszy dzień to ogólne rozeznanie w terenie. W drugi przeszłam Połoninę Wetlińską czerwonym szlakiem – rozpoczynając w Kalnicy, kończąc na Brzegach Górnych. A trzeciego dnia wylądowałam w Polańczyku. Krótko i chciałoby się więcej.
Razem zrobiłam około trzydziestu kilometrów pieszo.

Cóż dziwnego w całej tej przygodzie? Może nic, a może wszystko.
Byłam sama. W nieznanym mi miejscu, z planem przejścia czerwonego szlaku (przeszłam 1/3 mojego planu). Z siedemnasto kilowym plecakiem, który targałam ze sobą w góry.
Szaleństwo – myślałam jeszcze rok temu, gdy obrałam sobie cel. Wszyscy stukali się po głowie i dawali powody, by wybrać pole namiotowe gdzieś przy jeziorku i pokąpać się na strzeżonym kąpielisku. Były nawet „próby” uświadomienia mnie co się może stać – mnie, młodej kobiecie. Jakbym tego nie wiedziała. A jeśli meteoryt spadnie na ziemię? Zło jest wszędzie. Jeśli ma mnie spotkać, to spotka i na chodniku przed domem. Chodzi jedynie o to, by nie narażać się bez powodu. BEZ POWODU.

Ale ja obrałam sobie CEL.
Wszystko co od tamtej pory robiłam było dedykowane temu, co miałam w planach. Miałam się przede wszystkim sprawdzić, wyrwać z tego, co znane i rzucić się na głęboką wodę. O to chodziło. Już nawet nie o szlak do przejścia. Ja po prostu miałam się tam znaleźć i poradzić sobie SAMA. Sprawdzić, czy moje dalsze plany, większe cele mają rację bytu.

Potrafiłbyś w tym momencie wsiąść w autobus/pociąg i jechać w kompletnie nieznane ci miejsce, do tego z planem w głowie, że masz zrobić coś, co wydaje ci się praktycznie niemożliwe?
Niemożliwe – Chodzi mi tu o szlak, który jak się okazało ma szesnaście kilometrów długości. A ja z plecakiem chodziłam jedynie dziesięć kilometrów na raz i to po płaskim terenie.
I tu nie chodzi o powiedzenie – No pewnie, co za problem? (ale mi się nie chce…) – tylko o to, żeby serio to zrobić. Od myślenia do czynów daleka droga. Ba! Przepaść cała.

Przerażenie w dniu wyjazdu sięgnęło zenitu. Ale przed bliskimi trzeba pokazać, że jest się pewnym siebie, i wiem co robię… Ta. W tym momencie chciałoby się odejść w cholerę i dać sobie ze wszystkim spokój. Wtedy trzeba mieć naprawdę silne DLACZEGO. Dlaczego to robię? Cóż, ja suma summarum pojechałam tylko dlatego, że bałam się porażki. Jeśli to mi się nie uda, jeśli stchórzę, jeśli nie poradzę sobie z tym małym celem na początku mojej podróży  - to zawalę już wszystko.
Znam porażkę. Przywitałam się z nią na własne życzenie. Przegrana z samym sobą i wyrzuty sumienia są dla mnie gorsze, niż strach przed nieznanym. Jedno trwa całe życie, drugie jedynie chwilę.

Uczucie niepewności, braku komfortu wracało do mnie dość często. Kilka razy na dzień. Co sobie poradziłam i cieszyłam się, że zażegnałam kryzys, to wracał niczym bumerang i zwalał z nóg. Fizycznie jestem sobie w stanie poradzić, psychicznie… dopiero teraz wiem, że tak.

Samotność. Z daleka od rodziny, od znanego ci miejsca, od czegokolwiek co sprawia, że czujesz się bezpiecznie. Moją brzytwą dla tonącego stał się plecak. Miałam wrażenie bezpieczeństwa, gdy czułam na sobie jego ciężar. Wiedziałam, że mam tam wszystko, co może mi pomóc w razie potrzeby. Bolące ramiona? Phi!
Komórka też mi pomogła. Możliwość wygadania się przyjaciółce, która nigdy w życiu nie poszłaby ze mną, ale przynajmniej wysłucha mojej bezsensownej gadaniny.

Nie obracam się w środowisku, który robi takie rzeczy. Nie znam osobiście ludzi, którzy osiągnęli to, co sobie zaplanowali (tzn znam, ale nie utrzymuję z nimi kontaktu – tak wyszło). Na własną rękę staram się wyrwać stereotypowi swojego środowiska. Z kim przystajesz, takim się stajesz, prawda?
No trochę. A jeśli nie – to jesteś cholernie samotny, niezrozumiany.
Dopiero rozmawiając z różnymi ludźmi w górach, nie czułam się taka… dziwna. Choć dalej wielu pytało „Nie boisz się?”, na co odpowiadałam „Boję. Ale bardziej się boję tego, że mi się nie uda.”

Teraz już wiem, że mogę wyjechać. Że nie jest to takie straszne, mimo tego co mówią moi bliscy. Nie przeszłam całego planu, bo nie chodziło tu to, by się wykończyć i wydać całą kasę, tylko żeby poszerzyć horyzonty.

Rozwijamy się dopiero wtedy, gdy przekraczamy granicę komfortu.

Ja to ZROBIŁAM.

Bieszczady

PS. Na pewno wrócę.

Z głową

Codziennie słyszymy o ofiarach wypadków. Są anonimowi, mają ileś lat i płeć. Wiemy jak zginęli. Przez ułamek chwili im współczujemy, by następnie pozwolić zniknąć w czeluściach naszej pamięci.
To dobrze. Nie musimy ich pamiętać. Są obcymi twarzami. Ludźmi, których nigdy nie poznamy. Wraz z nimi przepadła mała cząstka tego świata – nieznanego nam. Nie będziemy po nich płakać.

Ludzie giną każdego dnia. Niektórzy zostaną zapamiętani przez rodzinę. Nieliczni będą mieli chwilę wątpliwej chwały w mediach. O innych nawet nikt nie wspomni.
Jednak w końcu każdy zostanie zapomniany.
Z pewnością w pradawnych cywilizacjach istnieli znani ludzie, którzy dążyli do popularności, bogactw, władzy. Pamiętacie ich? Ja nie.

To śmieszne. Staramy się przypodobać ludziom, którzy o nas zapomną…

Co po nas zostanie?
Być może dobre uczynki. W postaci innych osób. Karma. Efekt motyla. Zwał jak zwał. Jeśli kogoś zwyzywamy, ta osoba będzie zła – nikt mi nie wmówi, że to nie wpłynie na osoby trzecie. Jeśli zaś pomożemy jej, zrobimy coś miłego, to także przeniesie się dalej.

Ludzkość jest jednym, wielkim, głupim organizmem. Działa jak tłum, bo to nim właśnie jesteśmy. Musimy to zrozumieć, inaczej nigdy nie zrobimy kroku w przód.

Życzę Ci szczęścia.
Kyna

Głowa konia – grafika

Koń

Narysowane na kartce, przerobione komputerowo.

Co mi dało jeździectwo? Cierpliwość. Spokój. Pewność siebie. Siłę. Poznanie własnych słabości. Wiarę w lepsze jutro. Pasję, która nie wygaśnie.
I ostatnie i najważniejsze – temat do moich prac twórczych. Żartuję, to jedynie miły dodatek. :)

~Kara (tzn. Czarna)

Część życia spędziłam jeżdżąc konno – resztę zmarnowałam

Jazda konna dla mnie to narkotyk. Nie potrafię żyć bez koni. Bez nich zmieniam się i nie potrafię znaleźć sensu życia. Powrót do nich to stała w moim życiu.
Cokolwiek by się nie działo – będę jeździć konno.

Miłość przysparza nam tyle samo radości co cierpień.
Teraz, gdy coraz rzadziej jeżdżę, tęsknię za chwilą wolności, gdy liczy się jedynie Tu i Teraz. Tęsknię za chwilą, kiedy wierzy się w życie i w świat.
To wszystko uczy nas zaufania. Zaufania do zwierzęcia, które może nas zranić i do siebie samego. Uczy nas to godzenia się z losem. Branie tego, co dostajemy.

Uczucie, gdy koń wymyka ci się spod kontroli. I triumf, gdy okiełznasz jego żywioł. Nie do opisania.
Uczucie, gdy koń galopuje pod tobą, a ty lecisz razem z nim. Jak jedno ciało. Czujesz bicie jego serca, oddech i siłę, nieporównywalną z człowiekiem.

Pamiętam każdą chwilę spędzoną przy tych zwierzętach.

„- Lekarz powiedział, że mam kategoryczny zakaz jeżdżenia konno! Chyba go pogięło!
- Będziesz jeździł?
- A ty byś przestała?
- Nie.
- No właśnie.”

Niektórzy tego nie rozumieją, albo nie są świadomi. Jednak ja wsiadając na konia, mam w myślach ryzyko, któremu się poddaję. Czasem mniej, czasem bardziej je odczuwam. Jednak każdy, kto naprawdę kocha tą pasję, nie zaprzestanie jeździć, dopóki nie zabraknie mu sił. Jest to pakt, który zawiera się wsiadając na grzbiet zwierzęcia.

Część życia spędziłam jeżdżąc konno – resztę zmarnowałam…