Łupież na sierści. Czyli sztuka nowoczesna.

Nowoczesność/Teraźniejszość. Odpowiedzią mojej koleżanki na zadane przeze mnie pytanie „Ładne mam buty? Są takie kreatywne(czyli brudne), nikt takich nie ma.”, było „Wygląda to jak… i tu wspomnijcie pierwsze zdanie tytułu.”
W dzisiejszych czasach sztuką są rożne dziwne rzeczy. Więc dlaczego moje ubrudzone gipsem buty mają być gorsze?

Przychodzi mi na myśl performance. W nim sztuką jest ustawienie kamerki, bądź zapewnienie sobie dostatecznej ilości i długotrwałości gapiów, porozrzucanie pomidorów po trawniku, a następnie podnoszenie każdego z osobna i po odpowiednim obejrzeniu z każdej strony jego czerwoności… zgniecenie go. (Dla mnie sztuką jest posprzątanie tego niepotrzebnego bałaganu.)
Czyżby autor chciał zwrócić uwagę na zwykłe(lub nie) czynności dnia powszedniego?

Po takim wstępie dodam rysunek. Oczywiście wykonany na lekcji. Co prawda nie jest to performance, ale mnie się podoba. Jest w nim jakaś chwila, ulotność, którą nie można ująć słowami… A reakcja mojej koleżanki, którą rysowałam… „O Boże, wygląda jak moja mama!”. Czyli byłam blisko. Machnęłam się jedynie o jedno pokolenie…

Rys

Gwoli ścisłości i dodatku do całości, większość moich wierszy jest robiona na zajęciach… [to takie ciekawe]

Dodam jeszcze dzisiejszy tekst mojego ulubionego nauczyciela: „[...] a to gładzimy pumeksami, których nie mamy.”

I tym optymistycznym akcentem zakończmy.
Pozdrawiam.

Granica komfortu – samotny wypad w Bieszczady

Wczoraj wróciłam ze swojej pierwszej, samotnej wyprawy w Bieszczady. Plecak z całym wyposażeniem już został odstawiony na bok, by czekać na kolejny wypad. Będzie na pewno. I to w sierpniu.

Byłam jedynie trzy dni – pięć, jeśli licząc dojazd. Pierwszy dzień to ogólne rozeznanie w terenie. W drugi przeszłam Połoninę Wetlińską czerwonym szlakiem – rozpoczynając w Kalnicy, kończąc na Brzegach Górnych. A trzeciego dnia wylądowałam w Polańczyku. Krótko i chciałoby się więcej.
Razem zrobiłam około trzydziestu kilometrów pieszo.

Cóż dziwnego w całej tej przygodzie? Może nic, a może wszystko.
Byłam sama. W nieznanym mi miejscu, z planem przejścia czerwonego szlaku (przeszłam 1/3 mojego planu). Z siedemnasto kilowym plecakiem, który targałam ze sobą w góry.
Szaleństwo – myślałam jeszcze rok temu, gdy obrałam sobie cel. Wszyscy stukali się po głowie i dawali powody, by wybrać pole namiotowe gdzieś przy jeziorku i pokąpać się na strzeżonym kąpielisku. Były nawet „próby” uświadomienia mnie co się może stać – mnie, młodej kobiecie. Jakbym tego nie wiedziała. A jeśli meteoryt spadnie na ziemię? Zło jest wszędzie. Jeśli ma mnie spotkać, to spotka i na chodniku przed domem. Chodzi jedynie o to, by nie narażać się bez powodu. BEZ POWODU.

Ale ja obrałam sobie CEL.
Wszystko co od tamtej pory robiłam było dedykowane temu, co miałam w planach. Miałam się przede wszystkim sprawdzić, wyrwać z tego, co znane i rzucić się na głęboką wodę. O to chodziło. Już nawet nie o szlak do przejścia. Ja po prostu miałam się tam znaleźć i poradzić sobie SAMA. Sprawdzić, czy moje dalsze plany, większe cele mają rację bytu.

Potrafiłbyś w tym momencie wsiąść w autobus/pociąg i jechać w kompletnie nieznane ci miejsce, do tego z planem w głowie, że masz zrobić coś, co wydaje ci się praktycznie niemożliwe?
Niemożliwe – Chodzi mi tu o szlak, który jak się okazało ma szesnaście kilometrów długości. A ja z plecakiem chodziłam jedynie dziesięć kilometrów na raz i to po płaskim terenie.
I tu nie chodzi o powiedzenie – No pewnie, co za problem? (ale mi się nie chce…) – tylko o to, żeby serio to zrobić. Od myślenia do czynów daleka droga. Ba! Przepaść cała.

Przerażenie w dniu wyjazdu sięgnęło zenitu. Ale przed bliskimi trzeba pokazać, że jest się pewnym siebie, i wiem co robię… Ta. W tym momencie chciałoby się odejść w cholerę i dać sobie ze wszystkim spokój. Wtedy trzeba mieć naprawdę silne DLACZEGO. Dlaczego to robię? Cóż, ja suma summarum pojechałam tylko dlatego, że bałam się porażki. Jeśli to mi się nie uda, jeśli stchórzę, jeśli nie poradzę sobie z tym małym celem na początku mojej podróży  - to zawalę już wszystko.
Znam porażkę. Przywitałam się z nią na własne życzenie. Przegrana z samym sobą i wyrzuty sumienia są dla mnie gorsze, niż strach przed nieznanym. Jedno trwa całe życie, drugie jedynie chwilę.

Uczucie niepewności, braku komfortu wracało do mnie dość często. Kilka razy na dzień. Co sobie poradziłam i cieszyłam się, że zażegnałam kryzys, to wracał niczym bumerang i zwalał z nóg. Fizycznie jestem sobie w stanie poradzić, psychicznie… dopiero teraz wiem, że tak.

Samotność. Z daleka od rodziny, od znanego ci miejsca, od czegokolwiek co sprawia, że czujesz się bezpiecznie. Moją brzytwą dla tonącego stał się plecak. Miałam wrażenie bezpieczeństwa, gdy czułam na sobie jego ciężar. Wiedziałam, że mam tam wszystko, co może mi pomóc w razie potrzeby. Bolące ramiona? Phi!
Komórka też mi pomogła. Możliwość wygadania się przyjaciółce, która nigdy w życiu nie poszłaby ze mną, ale przynajmniej wysłucha mojej bezsensownej gadaniny.

Nie obracam się w środowisku, który robi takie rzeczy. Nie znam osobiście ludzi, którzy osiągnęli to, co sobie zaplanowali (tzn znam, ale nie utrzymuję z nimi kontaktu – tak wyszło). Na własną rękę staram się wyrwać stereotypowi swojego środowiska. Z kim przystajesz, takim się stajesz, prawda?
No trochę. A jeśli nie – to jesteś cholernie samotny, niezrozumiany.
Dopiero rozmawiając z różnymi ludźmi w górach, nie czułam się taka… dziwna. Choć dalej wielu pytało „Nie boisz się?”, na co odpowiadałam „Boję. Ale bardziej się boję tego, że mi się nie uda.”

Teraz już wiem, że mogę wyjechać. Że nie jest to takie straszne, mimo tego co mówią moi bliscy. Nie przeszłam całego planu, bo nie chodziło tu to, by się wykończyć i wydać całą kasę, tylko żeby poszerzyć horyzonty.

Rozwijamy się dopiero wtedy, gdy przekraczamy granicę komfortu.

Ja to ZROBIŁAM.

Bieszczady

PS. Na pewno wrócę.

Z głową

Codziennie słyszymy o ofiarach wypadków. Są anonimowi, mają ileś lat i płeć. Wiemy jak zginęli. Przez ułamek chwili im współczujemy, by następnie pozwolić zniknąć w czeluściach naszej pamięci.
To dobrze. Nie musimy ich pamiętać. Są obcymi twarzami. Ludźmi, których nigdy nie poznamy. Wraz z nimi przepadła mała cząstka tego świata – nieznanego nam. Nie będziemy po nich płakać.

Ludzie giną każdego dnia. Niektórzy zostaną zapamiętani przez rodzinę. Nieliczni będą mieli chwilę wątpliwej chwały w mediach. O innych nawet nikt nie wspomni.
Jednak w końcu każdy zostanie zapomniany.
Z pewnością w pradawnych cywilizacjach istnieli znani ludzie, którzy dążyli do popularności, bogactw, władzy. Pamiętacie ich? Ja nie.

To śmieszne. Staramy się przypodobać ludziom, którzy o nas zapomną…

Co po nas zostanie?
Być może dobre uczynki. W postaci innych osób. Karma. Efekt motyla. Zwał jak zwał. Jeśli kogoś zwyzywamy, ta osoba będzie zła – nikt mi nie wmówi, że to nie wpłynie na osoby trzecie. Jeśli zaś pomożemy jej, zrobimy coś miłego, to także przeniesie się dalej.

Ludzkość jest jednym, wielkim, głupim organizmem. Działa jak tłum, bo to nim właśnie jesteśmy. Musimy to zrozumieć, inaczej nigdy nie zrobimy kroku w przód.

Życzę Ci szczęścia.
Kyna

Zobacz… Czas mija.

„Czekanie to nie tylko cierpliwość, ale przede wszystkim ogromna wiara, że warto.” – Kamila Kampa

Racja. A czekanie wiąże się także ze strachem. Bo czasem może być za późno…
Każdy dzień upływa jak fala, a żadna z nich jest taka sama.

Jestem dziwną istotą. Mam zbyt wiele pasji w sobie. Ironią jest to, że największą, którą posiadam, jest jednocześnie najtrudniejszą do spełnienia.

Dążenie do celu nie jest łatwe. Droga do niego jest ważna i okupiona bólem. Czasem zmyli się drogę i przedłuży walkę, ale cel pozostaje ten sam. Najważniejsze jest by się nie poddać.
Bo upada się wiele razy.

Życzę wszystkim nadziei na lepsze jutro i wiary w samego siebie.

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][10]

Wpadłem do pokoju plastycznego zatrzaskując za sobą drzwi. Klaudia siedziała przy stole patrząc w białą kartkę.
- Dlaczego to zrobiłaś? – Zapytałem podchodząc do niej.
- Taka była umowa, nie? – Spojrzała na mnie błyszczącymi oczami.
- No tak…
- Więc o co chodzi?
- Po prostu… nie musiałaś tego robić.
- Zawsze dotrzymuję słowa.
Znów przeniosła wzrok na białą kartkę.
- Co chcesz narysować?
Z irytacją odsunęła od siebie papier i spojrzała na mnie.
- Nie wiem. Mam mętlik w głowie.
Odrzuciła ołówek i wstała. Była zirytowana. Nigdy nie widziałem jej takiej.
- Chodź tu. – Przyciągnąłem ją do siebie i złączyłem nasze czoła. Palcami wskazującymi zacząłem kreślić kółka na jej głowie.
- Co ty wyprawiasz? – Zaśmiała się, patrząc na mnie z bardzo bliska tymi swoimi zielonymi oczyma.
- Usuwam mętlik w głowie. Nie zauważyłaś? Ammm…ammm… – Udawałem, że medytuję.
- Jesteś dziwny. – Powiedziała, po raz kolejny obdarzając moje uszy swoim śmiechem.
- Pomaga?
- Może… – Pogładziła zgolone boki mojej głowy. – Włosy ci odrastają.
- Zapuścić?
- Mnie pytasz?
- Tak. – Pogładziłem jej policzek. Nie miałem ochoty się od niej odsuwać.
- Utrzymuj taką fryzurę jaką miałeś, przynajmniej do czasu, aż cię namaluję.
- Tak jest! – Odsunąłem się trochę, by zasalutować. – A ty zawsze masz kucyk?
Kiwnęła głową, a ja ściągnąłem jej gumkę, przełożyłem rude kosmyki do przodu.
- Ślicznie tak wyglądasz. – Mruknąłem.
- Dlatego je związuję.
- Co za strata… – Ująłem jej twarz w dłonie. – Mogę cię pocałować?
W jej oczach ujrzałem zaskoczenie, a następnie zmieszanie.
- Nie wiem…
Pocałowałem ją delikatnie raz.
Drugi.
Trzeci.
A później pozwoliła mi się pocałować naprawdę. Delikatnie wsunąłem jej język w usta, delektując się każdą chwilą. Moje ręce powędrowały po jej ciele. Jest taka piękna. Objąłem ją w pasie i przycisnąłem do siebie. Zadrżałem, gdy przesunęła paznokciami po moim karku. Niczego nie udawałem. Naprawdę mi się podobała. Tym razem to ja dałem się złapać. Dla niej pozwoliłbym się pociągnąć na samo dno…
Zadzwonił telefon. Jędza.
Spojrzałem Klaudii w oczy.
- Alex. – Wyszeptała odsuwając się o krok.
- Tak?
- Nie przychodź tu więcej.
- Klaudia, ja…
- Masz już dziewczynę. – Przerwała mi. – Nie możesz wyrwać się ze swojego świata. Zwalniam cię z obietnicy.
Patrzyłem na nią przez chwilę, po czym chwyciłem torbę i wyszedłem z Sali. Zanim jednak zamknąłem drzwi, dostrzegłem jeden z obrazów, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Był na nim starszy facet stojący w ciemnym pokoju. Miał groźną minę, a w ręku trzymał pas od spodni.

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][9]

Całując Dominikę, pieszcząc jej ciało, powtarzając puste „kocham”, co chwila wracałem myślami do słów Klaudii „Nie chciałabym, żeby ktokolwiek wyznał mi miłość w taki sposób…”. Biłem się z myślami. Może powinienem poprosić ojca o ochronę? Zerwać tą chorą znajomość…
Nie. To niemożliwe. Muszę trzymać się tego co sobie wypracowałem. Tylko tak mogę przetrwać.

Ranem, po powrocie od jędzy, ukryłem się w pracowni plastycznej. Z niewiadomych mi przyczyn uznałem to miejsce za azyl. Zmęczony usiadłem na podłodze obok drzwi i momentalnie odpłynąłem.
- Alex! – Dotarł do mnie głos Klaudii. Otworzyłem oczy, dziewczyna kucała obok mnie. – Co ty tu robisz? Czemu nie byłeś na lekcjach? Jesteś pijany?
- Za dużo pytań. – Westchnąłem. – Miałem ciężką noc… i chyba zasnąłem.
- Czemu nie poszedłeś do domu?
- Nie wiem… Będziesz mnie dzisiaj malować?
- Jeśli chcesz. – Wstała i odłożyła swoje rzeczy na ławkę.
Podniosłem się i zdjąłem bluzę. O kurwa… Niech to szlag! Ta jędza porobiła mi malinki! Na nogach pewnie mam tego jeszcze więcej.
- Co jest? – Zapytała Klaudia, zauważając moje wahanie. – O Boże, twoje plecy!
Poczułem jej palce na swojej łopatce. Przeszedł mnie dreszcz. Obróciłem się do niej przodem, ale ona nie zabrała rąk. Teraz przesuwała palcem po moim brzuchu, delikatnie dotykając czerwonych śladów.
- Co to jest?
- Malinki.
- To tak wygląda? – Zaśmiała się, a z jej twarzy znikł niepokój. – Dlatego jesteś niewyspany. Zrobiła to ta dziewczyna, która po ciebie wczoraj zadzwoniła?
- Tak…
- Cóż, po prostu będę musiała je ominąć. Rozbierz się.
- Klaudia, ja…
- Hmm? – Opuściła rękę, ale wciąż czułem na sobie jej dotyk.
- Na nogach mogę mieć tego więcej…
- Heh, głupio ci teraz, tak? – Zauważyłem w jej oczach zrozumienie.
Zacisnąłem zęby.
- Głupio ci, bo na twoim ciele są dowody, czegoś czego sam się przed sobą wstydzisz. Mnie nie zgorszysz, wiem jaki jesteś. To czy się rozbierzesz zależy wyłącznie od tego w jakim stopniu sam siebie oszukujesz. – To powiedziawszy, odwróciła się na pięcie i zajęła czymś, na co już nie zwracałem uwagi.
Ja wpatrywałem się w okno, gdzie dostrzegałem swoje niewyraźne odbicie. Ona ma rację. Sam siebie okłamuję.
Po dobrej chwili Klaudia podeszła do mnie i powoli chwyciła pasek od moich spodni, uważnie mnie obserwując. Nie protestowałem, więc odpięła go i zsunęła ze mnie ubranie. Miałem rację, na nogach jest tego znacznie więcej.
- Przyjdź kiedy będziesz chciał. – Powiedziała uśmiechając się lekko. Tak, jak matka powinna się uśmiechać do dziecka. Tak, jak moja matka nigdy nie patrzyła na mnie.

Następne dni spędziłem grając na perkusji. Pożegnałem się także z moim tysiącem, który miałem zapłacić za zakład. Nie będę już niepokoił Klaudii. Nie powinienem nigdy się do niej zbliżać…
- Nie udało ci się? – Zapytał dryblas, zatrzymując mnie na korytarzu w piątek.
Wzruszyłem jedynie ramionami.
- Alex! – Zawołała Klaudia, dopadając mnie na korytarzu. – Szukałam cię!
Pociągnęła mnie w mniej tłumne miejsce, ale tak by Denis wciąż mógł nas widzieć.
- Pochyl się. – Wyszeptała.
- Nie trzeb…
Nie dokończyłem. Dziewczyna chwyciła mnie za kołnierz, ciągnąc w swoją stronę i łącząc nasze usta. Zawahała się, nie wiedząc co począć dalej. Urocze. Wsunąłem palce w jej włosy, a językiem rozsunąłem jej wargi. Kompletnie zapomniałem o tym, że jesteśmy na korytarzu.  Całowaliśmy się dobrą chwilę, gdy nagle usłyszałem czyjeś śmiechy i wołania.
Momentalnie ją odsunąłem.
Dziewczyna zarumieniona czmychnęła z korytarza. Patrzyłem za nią, oszołomiony, wciąż czując jej smak na ustach.
- Ty sukinsynu. – Przeklął mnie dryblas, dając mi tysiaka.

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][8]

Na drugi dzień po lekcjach dziewczyna czekała na mnie w pokoju plastycznym. Gdy przyszedłem, zamknęła drzwi na klucz.
- Już wszystko przygotowałam. – Powiedziała na dzień dobry. Zasłonięte okna, miejsce gdzie mam się ustawić, światło, kartki, ołówek, gumka, nożyk do strugania. Taaak, chyba wszystko już jest.
- Zapomniałaś tylko o jednym. – Uśmiechnąłem się, a ona spojrzała na mnie pytająco. – Mnie też trzeba przygotować.
- Rozbierz się. – Nakazała i usiadła na krześle przed rozłożonym kocem, gdzie później pewnie będę pozował.
- Och, nie tak wyobrażałem sobie pierwszy raz… – Wymamrotałem, udając zawiedzenie. – Całkiem mam się rozebrać?
- Tak.
Zrobiłem jak kazała, zatrzymując się na chwilę przy majtkach. Nie wstydziłem się, ale jednocześnie dziwnie się czułem ze świadomością, że obnażę się przed nią całkowicie. Ciekawe jak zareaguje. Pozbyłem się bielizny i stanąłem na czarnym kocu, który mi przygotowała.
- I co dalej? – Zapytałem.
Klaudia zmierzyła mnie wzrokiem. Czułem zawód, nie dostrzegając w jej twarzy żadnej zmiany.
- Możesz stać, usiąść, klęczeć. Jak ci wygodnie. Musisz być jedynie nieruchomo przez dłuższy czas.
- Nieee. Jeszcze nie ten czas bym przed tobą klęczał. – Zaśmiałem się. Skwitowała to lekkim uśmiechem.
Usiadłem na ziemi, przyciągając do siebie kolana i wbiłem wzrok w okno. Zaczęła mnie rysować. Po jakiejś godzinie nabrałem pewności, że zna każdy mój mięsień.
- Masz idealne ciało na modela. – Pochwaliła, po godzinie milczenia.
- Twarz mnie dyskwalifikuje do tej roli.
- Olać twarz. Masz dowód, że ona nie jest najważniejsza. Dziewczyny na ciebie lecą.
- Bo jestem kłamliwym dupkiem. – Mruknąłem. Klaudia odłożyła rysunki i przykryła mnie drugim kocem.
- Nie jesteś, tylko chcesz nim być. – Odpowiedziała siadając po mojej prawej stronie. Tej zdrowej.
- Może i tak. – Uśmiechnąłem się lekko. – A tak w ogóle… nie ruszyło cię to, że rysujesz faceta nago?
- A chciałbyś żeby ruszyło? – Zaśmiała się. – Nie Aleks. Potraktowałam cię jak kolejne zdjęcie. Uczyłam się rysować ludzi. Akty. To mnie trochę uodporniło. Nie wstydzę się nagości, jest mi znana. Z resztą… ty nie byłeś zestresowany.
Niesamowita. Pewna siebie, ale nie wulgarna.
- Twój chłopak to ma szczęście… – Palnąłem. Co ja do cholery gadam?
- Nigdy nie miałam chłopaka.
- Chyba żartujesz.
- Wolicie… inny rodzaj kobiet.
- Ale… – Przerwał mi dźwięk mojego telefonu. Jędza, poznałem po sygnale.
Poszedłem odebrać telefon.
- Tak?
-Och, Alex. – Usłyszałem w telefonie. – Mógłbyś przyjść?
- Gdzie jesteś?
- U siebie. Proszę powiedz, że mnie kochasz…
- Kocham cię.
- A teraz przyjdź.
Odkładając telefon, czułem się jak szmata. Serio. Latałem na każde jej wezwanie… Pierwszy raz w życiu zdałem sobie sprawę, że nie chcę tego robić. Że tak nie powinno być…
- Nie chciałabym, żeby ktokolwiek wyznał mi miłość w taki sposób jaki ty to zrobiłeś… – Wyszeptała Klaudia.
Zerknąłem na nią i ubrałem się.
- Wrócę jutro. – Rzuciłem na do widzenia.

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][6]

W liceum nauczyciele ciągle narzekali, że marnuję swój potencjał. Heh. To że potrafię liczyć, nie oznacza, że chcę brać udział w konkursach i spędzić całe swoje życie przy macie.
- Alex! – Zawołał dryblas o imieniu Denis. Stał przy drzwiach szkoły wraz ze swoją wierną bandą. Zwykle, gdy się nudzili, wymyślali dla mnie zadania. Głupie, bo głupie, ale za to dobrze płatne, więc czemu nie skorzystać?
- Mam dla ciebie tysiaka. – Powiedział, gdy do niego podszedłem.
- Za co?
- Za poderwanie tamtej laski. – Wskazał na Klaudię z mojej klasy, siedzącą na trawie i jedzącą swoje śniadanie. Ruda, zielone oczy i nie można obdarzyć ją słowem „szczupła”.
- Ją? Czemu? – Zdziwiłem się. Dziewczyna była zwykła i cicha. Niczym się nie wyróżniała. Zwykle dostawałem jakieś ciekawsze kąski.
- Po prostu chcemy mieć ubaw. Tysiąc będzie twój, jeśli sprawisz że sama cię pocałuje. Ale musisz to albo nagrać, albo zrobić na naszych oczach. Masz tydzień.  Inaczej ty płacisz nam.
- A jeśli się nie zgodzę? – Zapytałem wpatrując się w dziewczynę. Nie miałem ochoty bawić się jej uczuciami. Ale ten tysiak taki kuszący, a wygrana tak łatwa…
- Przegrywasz walkowerem? No nieee… stary. To wcale nie jest dla ciebie takie trudne, a tysiak się przyda, nie?

________________________

Następny rozdział będzie dłuższy ;)

[6] Sto metrów pod ziemią – Kac

Niewiele pamiętałem z ostatniej nocy. Mało czasu zajęło bym wpadł w doskonały nastrój i zaczął paplać jak najęty, a jeszcze mniej by urwał mi się film.
Gdy otworzyłem oczy powitało mnie nowe miejsce i ból. Wielki ból głowy. Rozejrzałem się dookoła, próbując ogarnąć gdzie jestem. Był to pokój… biały. Wszędzie biało, jedna czarna szafa, okno bez firanki i łóżko na którym leżałem ja z… Emilem? O kurwa.
Chciałem wstać, ale gdy tylko podniosłem głowę zrobiło mi się niedobrze. Zerwałem się i rzuciłem w stronę drzwi, modląc się jednocześnie by łazienka była blisko. Znalazłem ją na końcu krótkiego korytarza i w ostatnim momencie zdążyłem niemalże wpaść do kibla, gdy mój żołądek się ostatecznie zbuntował.
Po chwili w drzwiach łazienki stanął Emil. Miał na sobie ubrania ze wczoraj. Wyglądało na to, że w nich spał.
- I masz co chciałeś. – Skomentował z uśmiechem.
- Ta. – Jęknąłem, gdy mój żołądek znów się skurczył.
Chłopak podał mi chusteczki.
- Czemu jesteśmy u ciebie? – Zapytałem, odwracając głowę w stronę kibla. Było mi głupio, że widzi mnie w takim stanie.
- Nie mam pojęcia gdzie mieszkasz, a wolałem cię nie zostawiać samego…
- Cholera… Przepraszam. Nie pomyślałem o tym…
- Spoko. Zrobię coś do jedzenia. Jakieś konkretne życzenia?
- Tabletka na ból głowy… – Mruknąłem.
Zaśmiał się i wyszedł z łazienki.
Ja pierdole… jak mogłem się tak załatwić na swoje życzenie… nigdy więcej. Uśmiechnąłem się do swoich myśli. Właśnie o to chodziło.
Gdy zdołałem dojść do kuchni bez rewolucji żołądkowych, Emil szykował jajecznicę.
- Na stole masz tabletki. – Powiedział, przekładając jajka na talerze.
- Dzięki. – Wziąłem dwie i popiłem wodą, która też stała na stole. Usiadłem  ciężko na krześle i zamknąłem oczy. Nie było już tak źle jak napiłem się wody, ale dalej suszyło mnie w gardle.
- Proszę. – Chłopak postawił przede mną talerz z jajecznicą i chlebem.
- Jesteś boski. Dzięki. – Powiedziałem, odbierając od niego sztućce i zaczynając jeść.
Emil zajął miejsce po drugiej stronie stołu i zajął się swoją porcją.
- Nie nabroiłem? Wiesz… nic nie pamiętam. – Zapytałem po chwili ciszy.
- Jedynie paplałeś jak najęty i pytałeś mnie o wszystko.
- Wszystko? – Zaniepokoiłem się. – A na przykład o co?
- Jak to jest być gejem. – Zaśmiał się, gdy się skrzywiłem.
- No to ciekawie… – Mruknąłem. Miałem nadzieję, że się nie zorientował, że z jakiegoś dziwnego powodu mnie pociąga…
- Co do łóżka… – Zaczął. – Jak tylko przyszliśmy to się tam położyłeś, a że ja nie miałem ochoty spać na kanapie, której nie posiadam, to wyszło na to, że spaliśmy razem.
- Spoko. – Powiedziałem, udając, że mnie to nie obchodzi.
- Więc powiesz mi czemu się upiłeś?
- Nie mówiłem? Chcę spróbować takiego życia…
- To nie życie. To letarg. – Powiedział ze złością w głosie.
- Ty tak żyjesz.
- No i? Wiesz ile bym oddał by być na twoim miejscu… – Odwrócił wzrok.
- Proszę bardzo. Przyjdź w poniedziałek na trening.
Nie odpowiedział, dalej wpatrywał się w jakiś punkt na ścianie. Wyciągnąłem dłoń i chwyciłem go za szczękę, odwracając twarz w swoją stronę.
- Mówię poważnie Emil.
- Spoko. – Zrobił to samo, co ja przed chwilą. Zaczął udawać, że go to nie obchodzi.
- Będę czekać. – Powiedziałem z uśmiechem. Odepchnął moją dłoń i spojrzał na mnie ze złośliwym uśmiechem.
- Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że lubisz mnie dotykać.

Czas do poniedziałku dłużył mi się niemiłosiernie. Gdy w końcu zobaczyłem zielonookiego na korytarzu, nie mogłem powstrzymać szerokiego uśmiechu. Właśnie podszedł do niego trener i o coś zapytał. Uwiesiłem się na ramieniu Emila, który zaskoczony w pierwszej chwili chciał mnie odepchnąć. Jednak, gdy mnie rozpoznał, zrezygnował z próby. Na jego twarzy zobaczyłem zmieszanie.
- Trenerze, to Emil. Zaprosiłem go na mecz.
- Grałeś kiedyś? – Zapytał mężczyzna zaciekawiony.
- Trzy lata temu grałem w mistrzostwach województwa, a później zrezygnowałem.
- Grał w finale. – Dodałem.
Trener kiwnął głową.
- Przebierajcie się.
Zaprowadziłem Emila do szatni.
- Witam! – Krzyknąłem otwierając drzwi. Była tam cała drużyna, plus ci, którzy postanowili spróbować do nas dołączyć. Oczy wszystkich skierowały się na nas.
- Siemasz Mat! – Rafał podszedł do mnie i podał mi rękę. Przywitałem się z nim naszym zwyczajowym uściskiem dłoni.
- To Emil. – Poklepałem mojego towarzysza w ramię i wskazałem na Rafała. – A to Rafał, nasz lider.
- Miło cię poznać. – Rafał wyciągnął rękę do Emila, a ten niepewnie chwycił jego dłoń. – Będziesz z nami dzisiaj grać?
- A niby po co by tu przychodził? – Zapytałem kierując się do swojej szafki.
- Tak, będę grać. – Powiedział Emil z satysfakcją w głosie.

Trener porozstawiał nas w pięcioosobowych drużynach. Razem wyszły cztery drużyny. Niestety Emil nie wylądował w mojej, co mnie rozczarowało. Chciałbym chodź raz zagrać z nim w jednej drużynie.
Po rozgrzewce trener postanowił, że nasze (moja i Emila) drużyny rozpoczną mecz.
Gra zaczęła się leniwie. Zdobyłem pierwsze punkty, rzucając ze środka boiska. Emil próbował mnie kilka razy blokować, jednak nie miał przy mnie szans. Raz dałem mu odebrać piłkę, za co zostałem spiorunowany wzrokiem przez Adama, z którym grałem w zespole. Nie grało mi się wcale przyjemniej niż na poprzednich treningach. Zatrzymałem się z boku boiska i patrzyłem jak Emil próbuje dorównać reszcie. Miał dobrą technikę, jednak wyszedł z wprawy. I był zmachany jakby przebiegł maraton. Mimo wszystko szło mu lepiej niż innym nowicjuszom.
- Co jest? – Zapytał trener podchodząc do mnie.
- Nic. – Wzruszyłem ramionami.
- Chcesz zagrać z nim w jednej drużynie? – Zapytał patrząc na Emila. – Ma coś w sobie, ale nikt mu nie pozwala dostać się do piłki. Miał ją tylko raz w rękach, gdy ty mu pozwoliłeś.
- Zmień go z Adamem. – Powiedziałem wracając na boisko.
- Zmiana! – Zawołał trener. Wszyscy się zatrzymali. – Adam, przechodzisz do przeciwnej drużyny za Emila. Gramy od nowa!

[5] Sto metrów pod ziemią – Chcę się napić

- Mat, kurde! – Wrzasnął trener. – Broń to! Co się dzisiaj z tobą dzieje!
Przetarłem twarz dłonią i spojrzałem jak piłka uderza w ziemię pod koszem. Nie obroniłem. W szkole niemal spałem na lekcjach, a teraz byłem totalnie wykończony…
- Weź się w garść! – Rafał trzepnął mnie w głowę i odwrócił się na pięcie, chcąc zająć swoją pozycję na boisku.
- Sorry…
-  Chodź tu. – Zawołał trener. – Coś ty robił w nocy? Oczy ci się zamykają!
- Przepraszam trenerze. – Wymamrotałem. Miałem dość. Chce grać, czy nie?
- Idź do domu. – Nakazał z miną „Zawiodłem się a tobie.”.
- Ale…
- Już! I nie przychodź więcej w takim stanie. – Machnął ręką w kierunku szatni. Wszyscy się na mnie gapili.
- Ale ja nic nie zrobiłem!
- Słuchaj, od jakiegoś czasu nie chce ci się grać. A to co dzisiaj robisz jest bez sensu. Idź odpocząć.
Zacisnąłem usta w wąską linię i ruszyłem w stronę szatni. Mam powoli tego wszystkiego dość.

Wkurzony wyszedłem ze stadionu. Nosz kurwa! Nawet jednej nocy nie mogę zawalić… jestem pod stałą kontrolą!
Wsiadłem do auta i pojechałem. Nie ważne dokąd. Ważne, że przed siebie. Po chwili jednak na kontrolce pojawił się znaczek braku paliwa. Skręciłem na stację. Zatankowałem i poszedłem zapłacić.
Przy kasie zastałem Emila. Jego widok od razu poprawił mi humor.
- Cześć. – Przywitałem się, szczerząc zęby jak idiota.
- Hej. Nie na treningu? – Zapytał odbierając ode mnie pieniądze za paliwo.
- Wylali mnie.
- Że co?! – Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Spokojnie. Tylko dzisiaj mnie trener wyrzucił.
- Czemu?
- Jestem zmęczony…
- Po jednej nieprzespanej nocy? – Przerwał mi i zaczął się śmiać. – Słabooo.
- … i do tego nie chce mi się grać. – Dokończyłem odbierając od niego resztę.
- Jeszcze kilka godzin temu grałeś jak nowo narodzony.
- Bo nie musiałem. – Stwierdziłem.
Chłopak spojrzał na mnie, marszcząc brwi.
- Dzisiaj też idziesz do klubu? – Zapytałem, by zmienić temat.
- Tak. Ale ciebie tam nie będzie. – Powiedział dziwnym tonem. Stwierdził. Był tego pewien.
- A to czemu?
- Nie możesz zawalić kolejnego dnia.
- Mam dość planu dnia ustalonego z góry… Zaczynam się zastanawiać, po cholerę to wszystko w ogóle robię…
Chłopak zacisnął usta.
- Przepraszam, ale nie mogę tu z tobą dłużej rozmawiać. Zaraz szef się wścieknie, że tak długo…
- W takim razie dzisiaj o dziesiątej przed klubem.
Powiedziawszy to odszedłem. Nie byłem pewien, czy Emil przyjdzie. Ale i tak będę na niego czekał choćby i całą noc. Miałem ochotę się zatracić. Chociaż raz zrobić coś, czego JA chcę.

Noc była zimna. Ludzie przed klubem już teraz wydawali się nie kontaktować z rzeczywistością, chodź nie wybiła jeszcze północ. Pierwszy raz miałem ochotę zanurzyć się w ich świecie.
W ciemności ulicy rozpoznałem Emila. Nie był sam. Za nim szedł gość ze wczoraj. Złapał Emila za rękę i szarpnął w tył. Zaczął coś do niego mówić. Zielonooki próbował się wyrwać, a wtedy nieznajomy wyciągnął wolną dłoń w stronę szyi chłopaka. Nim zdążyłem do nich podbiec, koleś przyciągnął Emila do siebie i pocałował go.
Dopadłem do nich, szarpnąłem czerwonowłosego w tył i zamachnąłem się na niego pięścią. Po chwili facet leżał z zakrwawioną twarzą. Chyba rozciąłem mu wargę…
- Mat! – Emil chwycił moje ramię, uniesione do kolejnego ciosu.
- Masz nowego fagasa, tak? – Warknął leżący i splunął krwią. Zero litości dla sukinsynów. Aż świerzbiła mnie ręka by, znów mu przypieprzyć, ale zaciśnięta dłoń Emila na moim ramieniu, przypominała mi, że nie powinienem tego robić.
- Nie jest MÓJ. – Warknął Emil do czerwonowłosego. – Trzymaj się ode mnie z dala, Damian! – Dodał i pociągną mnie w głąb uliczki.
- Co tobie kurwa odbiło! – Krzyknął, gdy znaleźliśmy się na tyle daleko, by nikt nas nie podsłuchał.
- Mi? – zdziwiłem się. – Przecież ci pomogłem, no chyba, że chciałeś by on…
- Nie chciałem… – Emil zacisnął usta. – Ale nie powinieneś robić przy mnie takich scen…
- Niby czemu? – Nie rozumiałem.
Chłopak westchnął z rozdrażnieniem.
- Będą gadali, że jesteś gejem.
- Mało mnie to obchodzi. – Rzuciłem. On się przejmuje moją reputacją…
Założył ręce na piersi.
- To po co chciałeś się spotkać?
Wzruszyłem ramionami.
- Zamierzam się upić.
- Co?! – Jego zielone oczy wbiły się ze mnie.
- Nigdy tego nie robiłem. W sensie nie piłem. – Spojrzałem w stronę klubu. – Chcę poznać trochę tego świata… i muszę mieć chwilę przerwy…
- Ale to nie jest dobry sposób… Mat, to nie twój świat. Ty jesteś… – Szukał odpowiedniego słowa. –  …lepszy.
- Jak nie chcesz ze mną iść to nie, mogę pić sam. – Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę klubu.
Po chwili usłyszałem za sobą kroki. Emil do mnie dołączył. Uśmiechnąłem się w duchu. Nie chciałem zostać sam. Wątpię czy poszedłbym do baru, gdyby on mnie olał.
- Jadłeś coś? – Zapytał po chwili.
- Nie – Zaśmiałem się. – Chcę się upić, a nie wydawać fortunę na alkohol.
- Nie musisz się od razu upijać… To nie jest nic przyjemnego. Możesz się napić trochę…
- Emil. – Przerwałem mu. – Chodzi mi o to, by spróbować, a później tego żałować.
Uniósł brwi. Nie byłem pewien czy zrozumiał przesłanie, ale w tym momencie mnie to nie obchodziło. Szedłem zrealizować swój plan
Weszliśmy do klubu i dopadliśmy bar. Od razu zamówiłem wódkę.
- Jak dziecko. – Stwierdził Emil. – Chcesz coś i to bierzesz, nie słuchając rozumu…
- Oj tam.
Wypiłem trzy kieliszki po kolei. Emil patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Swojego kieliszka nie tknął.
- Będziesz pił? – Zapytałem. Gardło mnie paliło. Obrzydliwe.
- Nie. Wolę popatrzeć jak się pogrążasz. – Uśmiechnął się złośliwie.
Zabrałem od niego kieliszek.