Łupież na sierści. Czyli sztuka nowoczesna.

Nowoczesność/Teraźniejszość. Odpowiedzią mojej koleżanki na zadane przeze mnie pytanie „Ładne mam buty? Są takie kreatywne(czyli brudne), nikt takich nie ma.”, było „Wygląda to jak… i tu wspomnijcie pierwsze zdanie tytułu.”
W dzisiejszych czasach sztuką są rożne dziwne rzeczy. Więc dlaczego moje ubrudzone gipsem buty mają być gorsze?

Przychodzi mi na myśl performance. W nim sztuką jest ustawienie kamerki, bądź zapewnienie sobie dostatecznej ilości i długotrwałości gapiów, porozrzucanie pomidorów po trawniku, a następnie podnoszenie każdego z osobna i po odpowiednim obejrzeniu z każdej strony jego czerwoności… zgniecenie go. (Dla mnie sztuką jest posprzątanie tego niepotrzebnego bałaganu.)
Czyżby autor chciał zwrócić uwagę na zwykłe(lub nie) czynności dnia powszedniego?

Po takim wstępie dodam rysunek. Oczywiście wykonany na lekcji. Co prawda nie jest to performance, ale mnie się podoba. Jest w nim jakaś chwila, ulotność, którą nie można ująć słowami… A reakcja mojej koleżanki, którą rysowałam… „O Boże, wygląda jak moja mama!”. Czyli byłam blisko. Machnęłam się jedynie o jedno pokolenie…

Rys

Gwoli ścisłości i dodatku do całości, większość moich wierszy jest robiona na zajęciach… [to takie ciekawe]

Dodam jeszcze dzisiejszy tekst mojego ulubionego nauczyciela: „[...] a to gładzimy pumeksami, których nie mamy.”

I tym optymistycznym akcentem zakończmy.
Pozdrawiam.

Granica komfortu – samotny wypad w Bieszczady

Wczoraj wróciłam ze swojej pierwszej, samotnej wyprawy w Bieszczady. Plecak z całym wyposażeniem już został odstawiony na bok, by czekać na kolejny wypad. Będzie na pewno. I to w sierpniu.

Byłam jedynie trzy dni – pięć, jeśli licząc dojazd. Pierwszy dzień to ogólne rozeznanie w terenie. W drugi przeszłam Połoninę Wetlińską czerwonym szlakiem – rozpoczynając w Kalnicy, kończąc na Brzegach Górnych. A trzeciego dnia wylądowałam w Polańczyku. Krótko i chciałoby się więcej.
Razem zrobiłam około trzydziestu kilometrów pieszo.

Cóż dziwnego w całej tej przygodzie? Może nic, a może wszystko.
Byłam sama. W nieznanym mi miejscu, z planem przejścia czerwonego szlaku (przeszłam 1/3 mojego planu). Z siedemnasto kilowym plecakiem, który targałam ze sobą w góry.
Szaleństwo – myślałam jeszcze rok temu, gdy obrałam sobie cel. Wszyscy stukali się po głowie i dawali powody, by wybrać pole namiotowe gdzieś przy jeziorku i pokąpać się na strzeżonym kąpielisku. Były nawet „próby” uświadomienia mnie co się może stać – mnie, młodej kobiecie. Jakbym tego nie wiedziała. A jeśli meteoryt spadnie na ziemię? Zło jest wszędzie. Jeśli ma mnie spotkać, to spotka i na chodniku przed domem. Chodzi jedynie o to, by nie narażać się bez powodu. BEZ POWODU.

Ale ja obrałam sobie CEL.
Wszystko co od tamtej pory robiłam było dedykowane temu, co miałam w planach. Miałam się przede wszystkim sprawdzić, wyrwać z tego, co znane i rzucić się na głęboką wodę. O to chodziło. Już nawet nie o szlak do przejścia. Ja po prostu miałam się tam znaleźć i poradzić sobie SAMA. Sprawdzić, czy moje dalsze plany, większe cele mają rację bytu.

Potrafiłbyś w tym momencie wsiąść w autobus/pociąg i jechać w kompletnie nieznane ci miejsce, do tego z planem w głowie, że masz zrobić coś, co wydaje ci się praktycznie niemożliwe?
Niemożliwe – Chodzi mi tu o szlak, który jak się okazało ma szesnaście kilometrów długości. A ja z plecakiem chodziłam jedynie dziesięć kilometrów na raz i to po płaskim terenie.
I tu nie chodzi o powiedzenie – No pewnie, co za problem? (ale mi się nie chce…) – tylko o to, żeby serio to zrobić. Od myślenia do czynów daleka droga. Ba! Przepaść cała.

Przerażenie w dniu wyjazdu sięgnęło zenitu. Ale przed bliskimi trzeba pokazać, że jest się pewnym siebie, i wiem co robię… Ta. W tym momencie chciałoby się odejść w cholerę i dać sobie ze wszystkim spokój. Wtedy trzeba mieć naprawdę silne DLACZEGO. Dlaczego to robię? Cóż, ja suma summarum pojechałam tylko dlatego, że bałam się porażki. Jeśli to mi się nie uda, jeśli stchórzę, jeśli nie poradzę sobie z tym małym celem na początku mojej podróży  - to zawalę już wszystko.
Znam porażkę. Przywitałam się z nią na własne życzenie. Przegrana z samym sobą i wyrzuty sumienia są dla mnie gorsze, niż strach przed nieznanym. Jedno trwa całe życie, drugie jedynie chwilę.

Uczucie niepewności, braku komfortu wracało do mnie dość często. Kilka razy na dzień. Co sobie poradziłam i cieszyłam się, że zażegnałam kryzys, to wracał niczym bumerang i zwalał z nóg. Fizycznie jestem sobie w stanie poradzić, psychicznie… dopiero teraz wiem, że tak.

Samotność. Z daleka od rodziny, od znanego ci miejsca, od czegokolwiek co sprawia, że czujesz się bezpiecznie. Moją brzytwą dla tonącego stał się plecak. Miałam wrażenie bezpieczeństwa, gdy czułam na sobie jego ciężar. Wiedziałam, że mam tam wszystko, co może mi pomóc w razie potrzeby. Bolące ramiona? Phi!
Komórka też mi pomogła. Możliwość wygadania się przyjaciółce, która nigdy w życiu nie poszłaby ze mną, ale przynajmniej wysłucha mojej bezsensownej gadaniny.

Nie obracam się w środowisku, który robi takie rzeczy. Nie znam osobiście ludzi, którzy osiągnęli to, co sobie zaplanowali (tzn znam, ale nie utrzymuję z nimi kontaktu – tak wyszło). Na własną rękę staram się wyrwać stereotypowi swojego środowiska. Z kim przystajesz, takim się stajesz, prawda?
No trochę. A jeśli nie – to jesteś cholernie samotny, niezrozumiany.
Dopiero rozmawiając z różnymi ludźmi w górach, nie czułam się taka… dziwna. Choć dalej wielu pytało „Nie boisz się?”, na co odpowiadałam „Boję. Ale bardziej się boję tego, że mi się nie uda.”

Teraz już wiem, że mogę wyjechać. Że nie jest to takie straszne, mimo tego co mówią moi bliscy. Nie przeszłam całego planu, bo nie chodziło tu to, by się wykończyć i wydać całą kasę, tylko żeby poszerzyć horyzonty.

Rozwijamy się dopiero wtedy, gdy przekraczamy granicę komfortu.

Ja to ZROBIŁAM.

Bieszczady

PS. Na pewno wrócę.

Z głową

Codziennie słyszymy o ofiarach wypadków. Są anonimowi, mają ileś lat i płeć. Wiemy jak zginęli. Przez ułamek chwili im współczujemy, by następnie pozwolić zniknąć w czeluściach naszej pamięci.
To dobrze. Nie musimy ich pamiętać. Są obcymi twarzami. Ludźmi, których nigdy nie poznamy. Wraz z nimi przepadła mała cząstka tego świata – nieznanego nam. Nie będziemy po nich płakać.

Ludzie giną każdego dnia. Niektórzy zostaną zapamiętani przez rodzinę. Nieliczni będą mieli chwilę wątpliwej chwały w mediach. O innych nawet nikt nie wspomni.
Jednak w końcu każdy zostanie zapomniany.
Z pewnością w pradawnych cywilizacjach istnieli znani ludzie, którzy dążyli do popularności, bogactw, władzy. Pamiętacie ich? Ja nie.

To śmieszne. Staramy się przypodobać ludziom, którzy o nas zapomną…

Co po nas zostanie?
Być może dobre uczynki. W postaci innych osób. Karma. Efekt motyla. Zwał jak zwał. Jeśli kogoś zwyzywamy, ta osoba będzie zła – nikt mi nie wmówi, że to nie wpłynie na osoby trzecie. Jeśli zaś pomożemy jej, zrobimy coś miłego, to także przeniesie się dalej.

Ludzkość jest jednym, wielkim, głupim organizmem. Działa jak tłum, bo to nim właśnie jesteśmy. Musimy to zrozumieć, inaczej nigdy nie zrobimy kroku w przód.

Życzę Ci szczęścia.
Kyna

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][10]

Wpadłem do pokoju plastycznego zatrzaskując za sobą drzwi. Klaudia siedziała przy stole patrząc w białą kartkę.
- Dlaczego to zrobiłaś? – Zapytałem podchodząc do niej.
- Taka była umowa, nie? – Spojrzała na mnie błyszczącymi oczami.
- No tak…
- Więc o co chodzi?
- Po prostu… nie musiałaś tego robić.
- Zawsze dotrzymuję słowa.
Znów przeniosła wzrok na białą kartkę.
- Co chcesz narysować?
Z irytacją odsunęła od siebie papier i spojrzała na mnie.
- Nie wiem. Mam mętlik w głowie.
Odrzuciła ołówek i wstała. Była zirytowana. Nigdy nie widziałem jej takiej.
- Chodź tu. – Przyciągnąłem ją do siebie i złączyłem nasze czoła. Palcami wskazującymi zacząłem kreślić kółka na jej głowie.
- Co ty wyprawiasz? – Zaśmiała się, patrząc na mnie z bardzo bliska tymi swoimi zielonymi oczyma.
- Usuwam mętlik w głowie. Nie zauważyłaś? Ammm…ammm… – Udawałem, że medytuję.
- Jesteś dziwny. – Powiedziała, po raz kolejny obdarzając moje uszy swoim śmiechem.
- Pomaga?
- Może… – Pogładziła zgolone boki mojej głowy. – Włosy ci odrastają.
- Zapuścić?
- Mnie pytasz?
- Tak. – Pogładziłem jej policzek. Nie miałem ochoty się od niej odsuwać.
- Utrzymuj taką fryzurę jaką miałeś, przynajmniej do czasu, aż cię namaluję.
- Tak jest! – Odsunąłem się trochę, by zasalutować. – A ty zawsze masz kucyk?
Kiwnęła głową, a ja ściągnąłem jej gumkę, przełożyłem rude kosmyki do przodu.
- Ślicznie tak wyglądasz. – Mruknąłem.
- Dlatego je związuję.
- Co za strata… – Ująłem jej twarz w dłonie. – Mogę cię pocałować?
W jej oczach ujrzałem zaskoczenie, a następnie zmieszanie.
- Nie wiem…
Pocałowałem ją delikatnie raz.
Drugi.
Trzeci.
A później pozwoliła mi się pocałować naprawdę. Delikatnie wsunąłem jej język w usta, delektując się każdą chwilą. Moje ręce powędrowały po jej ciele. Jest taka piękna. Objąłem ją w pasie i przycisnąłem do siebie. Zadrżałem, gdy przesunęła paznokciami po moim karku. Niczego nie udawałem. Naprawdę mi się podobała. Tym razem to ja dałem się złapać. Dla niej pozwoliłbym się pociągnąć na samo dno…
Zadzwonił telefon. Jędza.
Spojrzałem Klaudii w oczy.
- Alex. – Wyszeptała odsuwając się o krok.
- Tak?
- Nie przychodź tu więcej.
- Klaudia, ja…
- Masz już dziewczynę. – Przerwała mi. – Nie możesz wyrwać się ze swojego świata. Zwalniam cię z obietnicy.
Patrzyłem na nią przez chwilę, po czym chwyciłem torbę i wyszedłem z Sali. Zanim jednak zamknąłem drzwi, dostrzegłem jeden z obrazów, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Był na nim starszy facet stojący w ciemnym pokoju. Miał groźną minę, a w ręku trzymał pas od spodni.

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][9]

Całując Dominikę, pieszcząc jej ciało, powtarzając puste „kocham”, co chwila wracałem myślami do słów Klaudii „Nie chciałabym, żeby ktokolwiek wyznał mi miłość w taki sposób…”. Biłem się z myślami. Może powinienem poprosić ojca o ochronę? Zerwać tą chorą znajomość…
Nie. To niemożliwe. Muszę trzymać się tego co sobie wypracowałem. Tylko tak mogę przetrwać.

Ranem, po powrocie od jędzy, ukryłem się w pracowni plastycznej. Z niewiadomych mi przyczyn uznałem to miejsce za azyl. Zmęczony usiadłem na podłodze obok drzwi i momentalnie odpłynąłem.
- Alex! – Dotarł do mnie głos Klaudii. Otworzyłem oczy, dziewczyna kucała obok mnie. – Co ty tu robisz? Czemu nie byłeś na lekcjach? Jesteś pijany?
- Za dużo pytań. – Westchnąłem. – Miałem ciężką noc… i chyba zasnąłem.
- Czemu nie poszedłeś do domu?
- Nie wiem… Będziesz mnie dzisiaj malować?
- Jeśli chcesz. – Wstała i odłożyła swoje rzeczy na ławkę.
Podniosłem się i zdjąłem bluzę. O kurwa… Niech to szlag! Ta jędza porobiła mi malinki! Na nogach pewnie mam tego jeszcze więcej.
- Co jest? – Zapytała Klaudia, zauważając moje wahanie. – O Boże, twoje plecy!
Poczułem jej palce na swojej łopatce. Przeszedł mnie dreszcz. Obróciłem się do niej przodem, ale ona nie zabrała rąk. Teraz przesuwała palcem po moim brzuchu, delikatnie dotykając czerwonych śladów.
- Co to jest?
- Malinki.
- To tak wygląda? – Zaśmiała się, a z jej twarzy znikł niepokój. – Dlatego jesteś niewyspany. Zrobiła to ta dziewczyna, która po ciebie wczoraj zadzwoniła?
- Tak…
- Cóż, po prostu będę musiała je ominąć. Rozbierz się.
- Klaudia, ja…
- Hmm? – Opuściła rękę, ale wciąż czułem na sobie jej dotyk.
- Na nogach mogę mieć tego więcej…
- Heh, głupio ci teraz, tak? – Zauważyłem w jej oczach zrozumienie.
Zacisnąłem zęby.
- Głupio ci, bo na twoim ciele są dowody, czegoś czego sam się przed sobą wstydzisz. Mnie nie zgorszysz, wiem jaki jesteś. To czy się rozbierzesz zależy wyłącznie od tego w jakim stopniu sam siebie oszukujesz. – To powiedziawszy, odwróciła się na pięcie i zajęła czymś, na co już nie zwracałem uwagi.
Ja wpatrywałem się w okno, gdzie dostrzegałem swoje niewyraźne odbicie. Ona ma rację. Sam siebie okłamuję.
Po dobrej chwili Klaudia podeszła do mnie i powoli chwyciła pasek od moich spodni, uważnie mnie obserwując. Nie protestowałem, więc odpięła go i zsunęła ze mnie ubranie. Miałem rację, na nogach jest tego znacznie więcej.
- Przyjdź kiedy będziesz chciał. – Powiedziała uśmiechając się lekko. Tak, jak matka powinna się uśmiechać do dziecka. Tak, jak moja matka nigdy nie patrzyła na mnie.

Następne dni spędziłem grając na perkusji. Pożegnałem się także z moim tysiącem, który miałem zapłacić za zakład. Nie będę już niepokoił Klaudii. Nie powinienem nigdy się do niej zbliżać…
- Nie udało ci się? – Zapytał dryblas, zatrzymując mnie na korytarzu w piątek.
Wzruszyłem jedynie ramionami.
- Alex! – Zawołała Klaudia, dopadając mnie na korytarzu. – Szukałam cię!
Pociągnęła mnie w mniej tłumne miejsce, ale tak by Denis wciąż mógł nas widzieć.
- Pochyl się. – Wyszeptała.
- Nie trzeb…
Nie dokończyłem. Dziewczyna chwyciła mnie za kołnierz, ciągnąc w swoją stronę i łącząc nasze usta. Zawahała się, nie wiedząc co począć dalej. Urocze. Wsunąłem palce w jej włosy, a językiem rozsunąłem jej wargi. Kompletnie zapomniałem o tym, że jesteśmy na korytarzu.  Całowaliśmy się dobrą chwilę, gdy nagle usłyszałem czyjeś śmiechy i wołania.
Momentalnie ją odsunąłem.
Dziewczyna zarumieniona czmychnęła z korytarza. Patrzyłem za nią, oszołomiony, wciąż czując jej smak na ustach.
- Ty sukinsynu. – Przeklął mnie dryblas, dając mi tysiaka.

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][8]

Na drugi dzień po lekcjach dziewczyna czekała na mnie w pokoju plastycznym. Gdy przyszedłem, zamknęła drzwi na klucz.
- Już wszystko przygotowałam. – Powiedziała na dzień dobry. Zasłonięte okna, miejsce gdzie mam się ustawić, światło, kartki, ołówek, gumka, nożyk do strugania. Taaak, chyba wszystko już jest.
- Zapomniałaś tylko o jednym. – Uśmiechnąłem się, a ona spojrzała na mnie pytająco. – Mnie też trzeba przygotować.
- Rozbierz się. – Nakazała i usiadła na krześle przed rozłożonym kocem, gdzie później pewnie będę pozował.
- Och, nie tak wyobrażałem sobie pierwszy raz… – Wymamrotałem, udając zawiedzenie. – Całkiem mam się rozebrać?
- Tak.
Zrobiłem jak kazała, zatrzymując się na chwilę przy majtkach. Nie wstydziłem się, ale jednocześnie dziwnie się czułem ze świadomością, że obnażę się przed nią całkowicie. Ciekawe jak zareaguje. Pozbyłem się bielizny i stanąłem na czarnym kocu, który mi przygotowała.
- I co dalej? – Zapytałem.
Klaudia zmierzyła mnie wzrokiem. Czułem zawód, nie dostrzegając w jej twarzy żadnej zmiany.
- Możesz stać, usiąść, klęczeć. Jak ci wygodnie. Musisz być jedynie nieruchomo przez dłuższy czas.
- Nieee. Jeszcze nie ten czas bym przed tobą klęczał. – Zaśmiałem się. Skwitowała to lekkim uśmiechem.
Usiadłem na ziemi, przyciągając do siebie kolana i wbiłem wzrok w okno. Zaczęła mnie rysować. Po jakiejś godzinie nabrałem pewności, że zna każdy mój mięsień.
- Masz idealne ciało na modela. – Pochwaliła, po godzinie milczenia.
- Twarz mnie dyskwalifikuje do tej roli.
- Olać twarz. Masz dowód, że ona nie jest najważniejsza. Dziewczyny na ciebie lecą.
- Bo jestem kłamliwym dupkiem. – Mruknąłem. Klaudia odłożyła rysunki i przykryła mnie drugim kocem.
- Nie jesteś, tylko chcesz nim być. – Odpowiedziała siadając po mojej prawej stronie. Tej zdrowej.
- Może i tak. – Uśmiechnąłem się lekko. – A tak w ogóle… nie ruszyło cię to, że rysujesz faceta nago?
- A chciałbyś żeby ruszyło? – Zaśmiała się. – Nie Aleks. Potraktowałam cię jak kolejne zdjęcie. Uczyłam się rysować ludzi. Akty. To mnie trochę uodporniło. Nie wstydzę się nagości, jest mi znana. Z resztą… ty nie byłeś zestresowany.
Niesamowita. Pewna siebie, ale nie wulgarna.
- Twój chłopak to ma szczęście… – Palnąłem. Co ja do cholery gadam?
- Nigdy nie miałam chłopaka.
- Chyba żartujesz.
- Wolicie… inny rodzaj kobiet.
- Ale… – Przerwał mi dźwięk mojego telefonu. Jędza, poznałem po sygnale.
Poszedłem odebrać telefon.
- Tak?
-Och, Alex. – Usłyszałem w telefonie. – Mógłbyś przyjść?
- Gdzie jesteś?
- U siebie. Proszę powiedz, że mnie kochasz…
- Kocham cię.
- A teraz przyjdź.
Odkładając telefon, czułem się jak szmata. Serio. Latałem na każde jej wezwanie… Pierwszy raz w życiu zdałem sobie sprawę, że nie chcę tego robić. Że tak nie powinno być…
- Nie chciałabym, żeby ktokolwiek wyznał mi miłość w taki sposób jaki ty to zrobiłeś… – Wyszeptała Klaudia.
Zerknąłem na nią i ubrałem się.
- Wrócę jutro. – Rzuciłem na do widzenia.

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][7]

Już po jakiejś godzinie wiedziałem, że po lekcjach Klaudia chodzi do pracowni plastycznej. Była artystką, uwielbiała tworzyć. Szkoła udostępniała jej to pomieszczenie. Ogólnie sala była dostępna dla wszystkich, ale tylko jedna osoba z tego korzystała.
Otworzyłem drzwi pracowni plastycznej. Na szybko wymyślałem jakąś wymówkę dla której tu przyszedłem. Dziewczyna stała przed obrazem, na którym namalowany był zachód słońca nad morzem. Na sobie miała poplamione ubrania robocze, a rude włosy do ramion spięła niedbale w kok.
- Cześć. – Przywitałem się, rzucając torbę na biurko.
Klaudia spojrzała na mnie z zaskoczeniem. Miała zielone oczy. Była niska, około sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu i miała krągłą, kobiecą sylwetkę. Wyglądała uroczo.
- Potrzebuję twojej pomocy. – Powiedziałem decydując się na jedną z wymyślonych historyjek.
- Tak? – Założyła ręce na piersi. Miseczka E?
- Mój brat chce żebym zrobił dla niego zaproszenie na urodziny, ale kompletnie nie wiem jak się za to zabrać…
- I dlatego do mnie przyszedłeś? – Uniosła brwi. Stała wyprostowana, z bystrym, podejrzliwym wzrokiem wlepionym we mnie.
- To pomożesz mi? – Zignorowałem jej pytanie.
- Tak, ale ty mi też pomożesz.
- W czym? – Zaciekawiłem się.
- Będziesz mi pozował. – Wskazała na białe płótno leżące na podłodze. – Potrzebuję jakiegoś modela.
Nie sądziłem, że tak łatwo zdobędę pretekst by być z nią przez ten tydzień. Rzeczywiście idzie łatwo, pomyślałem z nutą triumfu.
- Spoko. – Podszedłem do niej bliżej. – Jutro przyniosę nazwiska od kolegów brata. To wtedy zaczniemy się z tym bawić.
- Będziesz pozował nago. – Dodała, jak gdyby coś miało to zmienić.
- Dobrze.
Po jej minie byłem pewien, że spodziewała się mojej odmowy.
- To co mam robić? – Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Przy ścianie równoległej do okien stały obrazy. Że też chce jej się tyle czasu przy tym spędzać.
Przygotowała dwa krzesła, które postawiła naprzeciw siebie. Na jednym kazała mi usiąść.
-I co dalej? – Zapytałem zakładając nogę na nogę. Mimo wszystko cieszyłem się, że nie kazała mi się już rozbierać.
- Na razie zrobię szkice.
Wzięła deskę, ołówek i kartkę, i usiadła naprzeciw mnie. Niemal dotykaliśmy się kolanami.
- Zachowuj się naturalnie, ale nie ruszaj za bardzo. – Poleciła.
Wystawiłem język, robiąc głupią minę i zamarłem. Klaudia zaśmiała się cicho, a ja nie powstrzymałem uśmiechu, który sam cisnął się na moje usta. Ma ładny śmiech…
- O, tak uśmiechnięty możesz zostać. – Powiedziała wyciągając rękę w moją stronę. Odgarnęła mi grzywkę z lewego oka. Zamarła.
- Jest czego zazdrościć, nie? – Powiedziałem, próbując jak najszybciej ukryć swoje rozczarowanie jej reakcją. Nie znosiłem, gdy ktoś patrzył na moją bliznę. Czułem coś w rodzaju upokorzenia.
Nie odezwała się, tylko poszła do kranu, nalała wody do miski i wraz z nią podeszła do mnie. Zmoczyła moje włosy, zaczesała do tyłu, żeby nie zasłaniały twarzy i zadowolona wróciła do swojego krzesła. Wzięła kartki, usiadła i zaczęła cos skrobać ołówkiem.
- Chcesz mnie takim narysować? – Zapytałem szczerze zaskoczony. Spodziewałem się obrzydzenia, współczucia, smutku, wyśmiania, albo chociażby pytania „Dlaczego?”. Ale nie spodziewałem się tak łatwej akceptacji i wręcz olania sprawy.
- Masz ładną twarz. – Stwierdziła mrużąc oczy. – Szkoda by było przykryć ją włosami do połowy. Dzisiaj zrobię parę szkiców, a jutro zacznę malować. – Mrugnęła do mnie. – Odwróć się w prawo, masz lepszy profil.
Wykonałem polecenie, ale jednocześnie straciłem ją z widoku, więc wróciłem do poprzedniej pozycji.
- Nie widzę na prawe oko… – Zacząłem się głupio tłumaczyć. Cholera… tylko brakowało mi człowieka, który rozpuści o mnie ploty, że wstydzę się swojej blizny i mam stracha, gdy kogoś spuszczam z oczu… to znaczy z oka…
- Przecież ci nic nie zrobię. Obróć się. – Odparła spokojnie.
Kurwa, muszę się przełamać. Czułem się dziwnie nie widząc jej, gdy ona mogła do woli mi się przyglądać. I uwieczniać na papierze to, co zobaczyła… Po paru minutach pokazała mi szkic. Moja blizna była uwydatniona, a mina niepewna, niemalże widniały na niej ślady strachu.
- Serio taki jestem? – Zapytałem zdumiony. Nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak dobrze było widać te emocje.
- Bliznę zaznaczyłam, bo taka jest, gdy ktoś spodziewa się pięknej twarzy, którą przecież masz. Przez tą małą chwilę widzi się jedynie ten… szczegół. A strach mi pokazałeś, gdy czekałeś ma moją reakcję.
Zacisnąłem wargi. Denis mi za to słono zapłaci. Mój mur, który tak mozolnie buduję, przy tej dziewczynie rozpada się na kawałki.
- Spostrzegawcza jesteś. – Powiedziałem po prostu, dusząc w sobie chęć zniszczenia szkicu.
- Nie zaprzeczę. – Odłożyła rysunek. – To po co przyszedłeś?
- Mówiłem.
- Nie masz brata.
Poczułem się dziwnie. Któryś raz z kolei. Ona czyta mi w myślach, czy co?!
- No nie mam. – Zgodziłem się z kwaśnym uśmiechem.
- Chodzi o zakład?
- Że co? – Cholera jasna!
- Nie masz brata. – Zaczęła wyliczać. -  Nie jesteś zainteresowany plastyką. Ani mną. Za to często zakładasz się z kimś o jakieś głupoty. – Uśmiechnęła się szeroko. – Prosta logika.
- Tak, tak. – Wstałem z miejsca i podszedłem do torby. – Chodzi o zakład. Miałem sprawić, byś pocałowała mnie na oczach tych drani. Albo miałem to nagrać…
- Przegrałbyś. – Niemalże zaśpiewała. Była wesoła. A może ma coś z głową?
- Już przegrałem. – Poprawiłem ją, zbierając się do wyjścia.
- Nie. Pomogę ci.
- Żartujesz?
- Pocałuję cię na ich oczach, pod warunkiem, że będziesz mi pozował nago. Nikt inny się na to nie zgodzi, a nie mam kasy na zapłacenie modelowi. Chcesz wygrać zakład, albo nie. Wybieraj. Ile ci za to zapłacą?
- Tysiąc…
- O! W takim razie uznaj, że za twoje pozowanie zapłacę ci tysiąc złotych. Dobra cena, nie sądzisz?
Jak mogłem dać się w to wrobić?

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][6]

W liceum nauczyciele ciągle narzekali, że marnuję swój potencjał. Heh. To że potrafię liczyć, nie oznacza, że chcę brać udział w konkursach i spędzić całe swoje życie przy macie.
- Alex! – Zawołał dryblas o imieniu Denis. Stał przy drzwiach szkoły wraz ze swoją wierną bandą. Zwykle, gdy się nudzili, wymyślali dla mnie zadania. Głupie, bo głupie, ale za to dobrze płatne, więc czemu nie skorzystać?
- Mam dla ciebie tysiaka. – Powiedział, gdy do niego podszedłem.
- Za co?
- Za poderwanie tamtej laski. – Wskazał na Klaudię z mojej klasy, siedzącą na trawie i jedzącą swoje śniadanie. Ruda, zielone oczy i nie można obdarzyć ją słowem „szczupła”.
- Ją? Czemu? – Zdziwiłem się. Dziewczyna była zwykła i cicha. Niczym się nie wyróżniała. Zwykle dostawałem jakieś ciekawsze kąski.
- Po prostu chcemy mieć ubaw. Tysiąc będzie twój, jeśli sprawisz że sama cię pocałuje. Ale musisz to albo nagrać, albo zrobić na naszych oczach. Masz tydzień.  Inaczej ty płacisz nam.
- A jeśli się nie zgodzę? – Zapytałem wpatrując się w dziewczynę. Nie miałem ochoty bawić się jej uczuciami. Ale ten tysiak taki kuszący, a wygrana tak łatwa…
- Przegrywasz walkowerem? No nieee… stary. To wcale nie jest dla ciebie takie trudne, a tysiak się przyda, nie?

________________________

Następny rozdział będzie dłuższy ;)

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][5]

Graliśmy już z godzinę nasz koncert… wszyscy w innym rytmie. Próbowałem mocniej zaznaczać takt. Kombinowałem, by się do niech dopasować, robiłem wszystko! Ale w tym zespole każdy gra dla siebie. To nie zespół. To grupa solistów.
Wnerwiony uderzyłem w bębny i wstałem, porzucając pałeczki. Miałem dość. Nie obchodziło mnie to, że jestem na scenie, a gapi się na nas spory tłumek osób.
- Stop! – Krzyknąłem. Wszystkie oczy w sali skierowały się w moją stronę. I zespołu, i publiczności. – Do jasnej cholery, jesteście ciągle poza rytmem!
- Niby kiedy? – Zapytał lider. Wielki, łysy facet z gitarą.
- Cały czas! – Warknąłem wściekły. – Albo w końcu zagracie równo, albo gram sam!
- Facet, czego się czepiasz. – Zapytał wokalista. Fabian, bezmózgowiec. – Było dobrze…
- Właśnie, że nie było dobrze! Każdy sobie…
Zanim zdążyłem dokończyć, lider podszedł  do mnie i chwycił za kołnierz.
- Jeśli masz problem, to…
Nie chce nawet myśleć jak by to się skończyło, gdyby ktoś nie odsunął dryblasa. Tym kimś był Tom. Basista z POS.
- Zachowujcie się jakoś. – Warknął do nas. – Swoje sprawy nie załatwia się na scenie. – Odwrócił się do publiczności. – Panowie wychodzą! Dziękujemy za uwagę!
Potulnie zeszliśmy ze sceny. Przecież ten facet był naszym Bogiem… No, przynajmniej moim. Może nie akceptuje wszystkich jego… aspektów, ale trzeba mu przyznać, że zna się na muzyce. Z resztą mniejsza, w tym momencie niewiele mnie obchodziło. Po prostu poszedłem w stronę drzwi, nie zamierzając niczego wyjaśniać. Nie chcę już z nimi grać. Więcej mnie już nie zobaczą.
Wyszedłem z klubu, ale Tom, ku mojemu prawdziwemu zdziwieniu i tak mnie dogonił. I bynajmniej chodzi mi o szybkość mojego chodzenia…
- Czekaj. – Zawołał za mną.
- Czego chcesz? – Westchnąłem. Nie miałem humoru z nikim gadać. A szczególnie z kimś, kto osiągnął sukces. Raczej mnie nie pocieszy…
- Uch, jaki groźny. Aż się boję. – Udał że mdleje, co wydawało mi się tak absurdalne, że aż śmieszne. Próbowałem zachować powagę, ale po chwili i tak parsknąłem śmiechem.
- Słuchaj. – Zaczął, uśmiechając się do mnie lekko. – Powiem krótko. Zbieram paru zdolnych muzyków do zespołu. Przyłączysz się?
- A kto powiedział, że szukam zespołu? – Uniosłem brwi. Nie żebym nie chciał… ale czy mi się to przypadnie nie śni?
- No przecież nie będziesz się marnować w tym… jak się nazywacie…? Nie ważne. Stać cię na coś więcej niż granie po knajpach z tymi gośćmi. – Mrugnął do mnie. – Przyjdź za tydzień o osiemnastej do starego teatru. Nie pożałujesz.

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][4]

Ze zdziwieniem stwierdziłem, że mój dom jest otwarty. Nie zamknąłem wcześniej? Czy może ktoś się włamał…
- Alex! – Podskoczyłem, słysząc krzyk ojca. Głos dochodził z kuchni, więc tam właśnie się udałem.
- Witaj. – Powiedziałem, zauważając go siedzącego przy stole. Był starszym, niskim mężczyzną. Posiwiał jeszcze bardziej od ostatniego razu jak go widziałem.
- Co cię tu przywiało? – Rzuciłem plecak w kąt.
- Gdzie byłeś? – Mój ojciec ma potworny wyraz twarzy. I na co to? Jeszcze mu tak zostanie… a nie, poprawka. Jemu już tak zostało.
- No pomyślmy… gdzie mógłbym być po wykonaniu zadania. – Udałem zamyślonego.
- Ta żmija… – Syknął. Chyba mają coś ze sobą wspólnego. – Dalej dla niej pracujesz? Skończ to! Z nią nie można się bawić.
- Spokojna głowa. Mam wszystko pod kontrolą.
- Jasne. – Prychnął.
- I wiesz co, ona mnie polubiła. Chyba trochę za bardzo… – Usiadłem naprzeciw niego przy stole. Swoją drogą dawno nie rozmawialiśmy w ten sposób… w sensie tak Rodzinnie. Dwa krzesła, blat, syn, ojciec. No prawie się poczułem normalnie…
- Żartujesz. – Spojrzał na mnie w niedowierzaniu. – Mam nadzieję, że nie odwzajemniasz jej uczuć…
- Coś ty. – Zaśmiałem się. – Ale jestem dość dobrym aktorem. Pobawię się z nią trochę.
- Tylko nie przesadzaj. Ona potrafi być mściwa…
- Spoko, spoko. No to co chciałeś? Mam od niej coś wyciągnąć?
- Hmh – Spojrzał na mnie w zamyśleniu. Troska o syna to jedno, ale jeśli mógłby wzbić na mnie jakiś interes, to jego sentyment szlak trafia. – Wiesz co, w sumie interesuje mnie coś… Z kim ona współpracuje.
- Masz to jak na tacy.
- Tylko nie przeginaj. Ona nie jest taka głupia na jaką wygląda. – Dodał, by oczyścić sumienie.
- Oj zdziwiłbyś się. – Powiedziałem w półuśmiechu.