Łupież na sierści. Czyli sztuka nowoczesna.

Nowoczesność/Teraźniejszość. Odpowiedzią mojej koleżanki na zadane przeze mnie pytanie „Ładne mam buty? Są takie kreatywne(czyli brudne), nikt takich nie ma.”, było „Wygląda to jak… i tu wspomnijcie pierwsze zdanie tytułu.”
W dzisiejszych czasach sztuką są rożne dziwne rzeczy. Więc dlaczego moje ubrudzone gipsem buty mają być gorsze?

Przychodzi mi na myśl performance. W nim sztuką jest ustawienie kamerki, bądź zapewnienie sobie dostatecznej ilości i długotrwałości gapiów, porozrzucanie pomidorów po trawniku, a następnie podnoszenie każdego z osobna i po odpowiednim obejrzeniu z każdej strony jego czerwoności… zgniecenie go. (Dla mnie sztuką jest posprzątanie tego niepotrzebnego bałaganu.)
Czyżby autor chciał zwrócić uwagę na zwykłe(lub nie) czynności dnia powszedniego?

Po takim wstępie dodam rysunek. Oczywiście wykonany na lekcji. Co prawda nie jest to performance, ale mnie się podoba. Jest w nim jakaś chwila, ulotność, którą nie można ująć słowami… A reakcja mojej koleżanki, którą rysowałam… „O Boże, wygląda jak moja mama!”. Czyli byłam blisko. Machnęłam się jedynie o jedno pokolenie…

Rys

Gwoli ścisłości i dodatku do całości, większość moich wierszy jest robiona na zajęciach… [to takie ciekawe]

Dodam jeszcze dzisiejszy tekst mojego ulubionego nauczyciela: „[...] a to gładzimy pumeksami, których nie mamy.”

I tym optymistycznym akcentem zakończmy.
Pozdrawiam.

Koń. Łuk. I Marcel?

koń i łuk

Rysowane na szybko, byle jak, byle się wyżyć. A3, ołówek, temperówka.

Czy jest lepsze połączenie od łuku i konia? Nie. To mieszanina zaufania, piękna, harmonii, spokoju, skupienia, umiejętności. Mega trudne i nikt już nie powie „Ty jedynie siedzisz!”.

Jak już rysuję, to powinnam się przyłożyć… Ale co poradzić, że lubię takie mazu mazu i gotowe? Z resztą spójrzcie co „wyrzeźbiłam” na moich zajęciach praktycznych.

Marcel

Poznajcie Marcela. Marcel jest plasteliną i uśmiecha się na Wasz widok.

PS. Odpowiem od razu na wasze pytanie. Tak. Często mam brudne paznokcie. Gips, glina, plastelina, błoto… Kto powiedział, że tylko faceci zatrzymują się w rozwoju w wieku siedmiu lat?

PS.2 Powinnam się uczyć, a nie… gęby lepić.

PS.3 Ciekawe, co się stało z Marcelem… Ktoś go pewnie przerobił na mielonkę.

Rysunek z orłem i… Ps…

Postępy dnia dzisiejszego…

image

Z potrzeby stworzenia czegoś

image

.
Ps. Wszyscy straszą maturą, a później się dziwią, że młodzież taka zestresowna do niej podchodzi… Okeeej. Logika. Gdzieś. Tam. Na. Dnie.

Ps2. Młodzież taka nie dobra… Dorośli tacy mądrzy…
Idziecie wszyscy jeść marchewki!

Ps3. Mam kryzys twórczy. I jak tu pisać?

Ps4. Widział ktoś mojego kota?

Kyna

Granica komfortu – samotny wypad w Bieszczady

Wczoraj wróciłam ze swojej pierwszej, samotnej wyprawy w Bieszczady. Plecak z całym wyposażeniem już został odstawiony na bok, by czekać na kolejny wypad. Będzie na pewno. I to w sierpniu.

Byłam jedynie trzy dni – pięć, jeśli licząc dojazd. Pierwszy dzień to ogólne rozeznanie w terenie. W drugi przeszłam Połoninę Wetlińską czerwonym szlakiem – rozpoczynając w Kalnicy, kończąc na Brzegach Górnych. A trzeciego dnia wylądowałam w Polańczyku. Krótko i chciałoby się więcej.
Razem zrobiłam około trzydziestu kilometrów pieszo.

Cóż dziwnego w całej tej przygodzie? Może nic, a może wszystko.
Byłam sama. W nieznanym mi miejscu, z planem przejścia czerwonego szlaku (przeszłam 1/3 mojego planu). Z siedemnasto kilowym plecakiem, który targałam ze sobą w góry.
Szaleństwo – myślałam jeszcze rok temu, gdy obrałam sobie cel. Wszyscy stukali się po głowie i dawali powody, by wybrać pole namiotowe gdzieś przy jeziorku i pokąpać się na strzeżonym kąpielisku. Były nawet „próby” uświadomienia mnie co się może stać – mnie, młodej kobiecie. Jakbym tego nie wiedziała. A jeśli meteoryt spadnie na ziemię? Zło jest wszędzie. Jeśli ma mnie spotkać, to spotka i na chodniku przed domem. Chodzi jedynie o to, by nie narażać się bez powodu. BEZ POWODU.

Ale ja obrałam sobie CEL.
Wszystko co od tamtej pory robiłam było dedykowane temu, co miałam w planach. Miałam się przede wszystkim sprawdzić, wyrwać z tego, co znane i rzucić się na głęboką wodę. O to chodziło. Już nawet nie o szlak do przejścia. Ja po prostu miałam się tam znaleźć i poradzić sobie SAMA. Sprawdzić, czy moje dalsze plany, większe cele mają rację bytu.

Potrafiłbyś w tym momencie wsiąść w autobus/pociąg i jechać w kompletnie nieznane ci miejsce, do tego z planem w głowie, że masz zrobić coś, co wydaje ci się praktycznie niemożliwe?
Niemożliwe – Chodzi mi tu o szlak, który jak się okazało ma szesnaście kilometrów długości. A ja z plecakiem chodziłam jedynie dziesięć kilometrów na raz i to po płaskim terenie.
I tu nie chodzi o powiedzenie – No pewnie, co za problem? (ale mi się nie chce…) – tylko o to, żeby serio to zrobić. Od myślenia do czynów daleka droga. Ba! Przepaść cała.

Przerażenie w dniu wyjazdu sięgnęło zenitu. Ale przed bliskimi trzeba pokazać, że jest się pewnym siebie, i wiem co robię… Ta. W tym momencie chciałoby się odejść w cholerę i dać sobie ze wszystkim spokój. Wtedy trzeba mieć naprawdę silne DLACZEGO. Dlaczego to robię? Cóż, ja suma summarum pojechałam tylko dlatego, że bałam się porażki. Jeśli to mi się nie uda, jeśli stchórzę, jeśli nie poradzę sobie z tym małym celem na początku mojej podróży  - to zawalę już wszystko.
Znam porażkę. Przywitałam się z nią na własne życzenie. Przegrana z samym sobą i wyrzuty sumienia są dla mnie gorsze, niż strach przed nieznanym. Jedno trwa całe życie, drugie jedynie chwilę.

Uczucie niepewności, braku komfortu wracało do mnie dość często. Kilka razy na dzień. Co sobie poradziłam i cieszyłam się, że zażegnałam kryzys, to wracał niczym bumerang i zwalał z nóg. Fizycznie jestem sobie w stanie poradzić, psychicznie… dopiero teraz wiem, że tak.

Samotność. Z daleka od rodziny, od znanego ci miejsca, od czegokolwiek co sprawia, że czujesz się bezpiecznie. Moją brzytwą dla tonącego stał się plecak. Miałam wrażenie bezpieczeństwa, gdy czułam na sobie jego ciężar. Wiedziałam, że mam tam wszystko, co może mi pomóc w razie potrzeby. Bolące ramiona? Phi!
Komórka też mi pomogła. Możliwość wygadania się przyjaciółce, która nigdy w życiu nie poszłaby ze mną, ale przynajmniej wysłucha mojej bezsensownej gadaniny.

Nie obracam się w środowisku, który robi takie rzeczy. Nie znam osobiście ludzi, którzy osiągnęli to, co sobie zaplanowali (tzn znam, ale nie utrzymuję z nimi kontaktu – tak wyszło). Na własną rękę staram się wyrwać stereotypowi swojego środowiska. Z kim przystajesz, takim się stajesz, prawda?
No trochę. A jeśli nie – to jesteś cholernie samotny, niezrozumiany.
Dopiero rozmawiając z różnymi ludźmi w górach, nie czułam się taka… dziwna. Choć dalej wielu pytało „Nie boisz się?”, na co odpowiadałam „Boję. Ale bardziej się boję tego, że mi się nie uda.”

Teraz już wiem, że mogę wyjechać. Że nie jest to takie straszne, mimo tego co mówią moi bliscy. Nie przeszłam całego planu, bo nie chodziło tu to, by się wykończyć i wydać całą kasę, tylko żeby poszerzyć horyzonty.

Rozwijamy się dopiero wtedy, gdy przekraczamy granicę komfortu.

Ja to ZROBIŁAM.

Bieszczady

PS. Na pewno wrócę.

Z głową

Codziennie słyszymy o ofiarach wypadków. Są anonimowi, mają ileś lat i płeć. Wiemy jak zginęli. Przez ułamek chwili im współczujemy, by następnie pozwolić zniknąć w czeluściach naszej pamięci.
To dobrze. Nie musimy ich pamiętać. Są obcymi twarzami. Ludźmi, których nigdy nie poznamy. Wraz z nimi przepadła mała cząstka tego świata – nieznanego nam. Nie będziemy po nich płakać.

Ludzie giną każdego dnia. Niektórzy zostaną zapamiętani przez rodzinę. Nieliczni będą mieli chwilę wątpliwej chwały w mediach. O innych nawet nikt nie wspomni.
Jednak w końcu każdy zostanie zapomniany.
Z pewnością w pradawnych cywilizacjach istnieli znani ludzie, którzy dążyli do popularności, bogactw, władzy. Pamiętacie ich? Ja nie.

To śmieszne. Staramy się przypodobać ludziom, którzy o nas zapomną…

Co po nas zostanie?
Być może dobre uczynki. W postaci innych osób. Karma. Efekt motyla. Zwał jak zwał. Jeśli kogoś zwyzywamy, ta osoba będzie zła – nikt mi nie wmówi, że to nie wpłynie na osoby trzecie. Jeśli zaś pomożemy jej, zrobimy coś miłego, to także przeniesie się dalej.

Ludzkość jest jednym, wielkim, głupim organizmem. Działa jak tłum, bo to nim właśnie jesteśmy. Musimy to zrozumieć, inaczej nigdy nie zrobimy kroku w przód.

Życzę Ci szczęścia.
Kyna

Niedziela 21 czerwiec 2015 rok

Czasem, gdy mamy doła, a życie wydaje nam się bez sensu… zdarza się coś, czego najmniej się spodziewamy.

Mój pies zaaportował!

Niby normalna sprawa… Ale to jest Sala. Ona się nie bawi, ba ona reaguje paniką, gdy ktoś czymś rzuci (nawet jeśli w przeciwnym kierunku). Ona jest tak uległa, że pozwoli, byś sam po to poszedł…

Dzisiaj o 15 dopadł mnie kryzys. Jutro mam egzamin zawodowy, a ja jedynie sobie wmawiam, że jestem przygotowana. Później myślę o tym, że jestem sama… Wiecie, takie uczucie, że nawet w tłumie jest się wyobcowanym.
Nie wiem, czy moje zwierzaki to wyczuły, czy co? W każdym razie siedzę na dworze z psem i kotem, i gapimy się każdy w jakiś punkt. W oddali słychać muzykę, bo przy kościele jest festyn. No i przychodzą wspomnienia. Kilka lat temu bawiłam się na tym festynie, a teraz nawet nie ma z kim pójść. Wszystkie dawne koleżanki są… dawne.
No ale odbiegam od tematu.
Po jakimś czasie bezsensownego siedzenia poszłam narwać sobie czereśni z młodego drzewka… Znalazłam małą piłkę i rzuciłam ją gdzieś w bok.
Najpierw za kulką latał kot, a Sala stała obok i patrzyła. Co chwilę rzuciłam piłkę Yoky (czyt. Joki), a ta biegała – bo w końcu jest kotem, a to szare coś się rusza! Nawet nie wiem, kiedy Sala też zaczęła biegać. Nie myślałam o tym, żeby aportowała. Zwykle wykorzystuje każdą okazję, by ją rozruszać, jednak teraz chodziło mi jedynie o zabawę. I wiadomo co się dzieje, jak się o czymś nie myśli. Wychodzi. Pies przyniósł mi piłkę, a ja zszokowana znów jej rzuciłam.

Sala aportuje.

A ja jestem przez tą chwilę najszczęśliwszym człowiekiem świata.

Zobacz… Czas mija.

„Czekanie to nie tylko cierpliwość, ale przede wszystkim ogromna wiara, że warto.” – Kamila Kampa

Racja. A czekanie wiąże się także ze strachem. Bo czasem może być za późno…
Każdy dzień upływa jak fala, a żadna z nich jest taka sama.

Jestem dziwną istotą. Mam zbyt wiele pasji w sobie. Ironią jest to, że największą, którą posiadam, jest jednocześnie najtrudniejszą do spełnienia.

Dążenie do celu nie jest łatwe. Droga do niego jest ważna i okupiona bólem. Czasem zmyli się drogę i przedłuży walkę, ale cel pozostaje ten sam. Najważniejsze jest by się nie poddać.
Bo upada się wiele razy.

Życzę wszystkim nadziei na lepsze jutro i wiary w samego siebie.

Część życia spędziłam jeżdżąc konno – resztę zmarnowałam

Jazda konna dla mnie to narkotyk. Nie potrafię żyć bez koni. Bez nich zmieniam się i nie potrafię znaleźć sensu życia. Powrót do nich to stała w moim życiu.
Cokolwiek by się nie działo – będę jeździć konno.

Miłość przysparza nam tyle samo radości co cierpień.
Teraz, gdy coraz rzadziej jeżdżę, tęsknię za chwilą wolności, gdy liczy się jedynie Tu i Teraz. Tęsknię za chwilą, kiedy wierzy się w życie i w świat.
To wszystko uczy nas zaufania. Zaufania do zwierzęcia, które może nas zranić i do siebie samego. Uczy nas to godzenia się z losem. Branie tego, co dostajemy.

Uczucie, gdy koń wymyka ci się spod kontroli. I triumf, gdy okiełznasz jego żywioł. Nie do opisania.
Uczucie, gdy koń galopuje pod tobą, a ty lecisz razem z nim. Jak jedno ciało. Czujesz bicie jego serca, oddech i siłę, nieporównywalną z człowiekiem.

Pamiętam każdą chwilę spędzoną przy tych zwierzętach.

„- Lekarz powiedział, że mam kategoryczny zakaz jeżdżenia konno! Chyba go pogięło!
- Będziesz jeździł?
- A ty byś przestała?
- Nie.
- No właśnie.”

Niektórzy tego nie rozumieją, albo nie są świadomi. Jednak ja wsiadając na konia, mam w myślach ryzyko, któremu się poddaję. Czasem mniej, czasem bardziej je odczuwam. Jednak każdy, kto naprawdę kocha tą pasję, nie zaprzestanie jeździć, dopóki nie zabraknie mu sił. Jest to pakt, który zawiera się wsiadając na grzbiet zwierzęcia.

Część życia spędziłam jeżdżąc konno – resztę zmarnowałam…

Zostanę jeśli…

Film u nas został nazwany „Zostań jeśli kochasz”. Nie! Totalnie nie rozumiem dlaczego tak zniszczyli tytuł. To nie zwykła historia o miłości. Tytuł „Zostanę jeśli” moim zdaniem każdy powinien uzupełnić sam. No ale to tak na marginesie. Nasi tłumacze często są nadgorliwi.

Nie będę się rozpisywać o tym filmie. Po prostu zachęcam wszystkich, którzy znają znaczenie słowa „pasja” i „miłość” do obejrzenia go. Nie wiem czy wzruszyłby mnie tak bardzo, gdybym nie miała przed oczami samej siebie… Nie mogę być obiektywna.

Zostanę jeśli zobaczę w tym sens. To mój tytuł tego filmu.

„Życie to jeden wielki bajzel”

Może i nie jest to arcydzieło, ale nie o to chodzi. Zachęcam do szukania przesłania i własnych spostrzeżeń na temat filmu. Jedno własne Wam zdradzę: Doceniaj chwile szczęścia. Tak po prostu. Ciesz się życiem. Pamiętaj o ważnych chwilach i twórz ich coraz więcej.

O samotności + piosenka

Każdy jest samotny. Jako dzieci tego nie odczuwamy bo kochaaamy wszystko i według nas świat odwzajemnia nasze uczucia. Lecz gdy dorastamy, zaczynamy dostrzegać, że tak na prawdę jesteśmy zdani na siebie, a świat ma nas w dupie.

+ Piosenka:

Umieram każdego dnia,
Czekając na tę chwilę
Człowieku, nie bój się,
To całe moje życie

Marzenia bez spełnienia
Bez łażenia po strumieniach
W niebie nie żyjemy
Po piekle się snujemy
Jak być odważnym,
Kiedy świat jest niepoważny
Jak można kochać lęk
Muszę znaleźć na to lek

Umieram każdego dnia,
Czekając na tę chwilę
Człowieku, nie bój się,
To całe moje życie

Gdy widzę możliwości
Wszystkie moje wątpliwości
Nagle odchodzą w dal
Nagle wielką wiarę mam
Czas stoi w miejscu
Piękno jest w podejściu
Będę odważna i nie pozwolę
Odebrać tego, na czym stoję

Umieram każdego dnia,
Czekając na tę chwilę
Człowieku, nie bój się,
To całe moje życie

Zegar stoi w miejscu
Piękno jest w podejściu
Jestem odważna i nie pozwolę
Odebrać ziemi na której stoję