[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][3]

Przyszedłem do gabinetu Dominiki i zastałem ją leżącą nago na sofie. Jej brązowe, długie włosy spływały po krągłych piersiach. Nie wyglądała na swoje dwadzieścia cztery lata. Czasem dziwiłem się, że jest ode mnie starsza o sześć lat. Miała twarz dziecka. Potwór w ciele anioła.
- Nie za ciepło ci? – Zapytałem siadając obok sofy na podłodze. Po drodze położyłem jeszcze parę papierów na stole. Gabinet był wielkości salonu, bogato zdobiony, wykonany w starym stylu. Czuło się tu atmosferę pałacu. No kto bogatemu zabroni?
- Czemu masz czerwony ślad na policzku? – Dotknęła tego miejsca. Niebieskie oczy złagodniały. Świetnie udawała czułą…
- Marlena mnie uderzyła. – Powiedziałem z głupim uśmiechem na ustach. – Odkryła, że wcale nie jest tą jedyną.
- Jesteś okropny. – Zaśmiała się kobieta. Pochyliła się nade mną, odsłaniając w ten sposób piersi. Może i charakter ma podły, ale i tak uwielbiam to ciało.
- Wedle życzenia. – Wymamrotałem.
- Zapisałeś hasła do komputera jej ojca? – Wyszeptała pytanie wprost do mojego ucha.
- Mhm. Leżą na stole…
- Grzeczny chłopiec. – Odwróciłem głowę, gdy chciała mnie pocałować. Nie cierpię gdy to robi.
- Zakochałeś się kiedyś? – Zapytała zsuwając się z sofy i siadając na moich nogach.
- Nie. – Prychnąłem.
Uśmiechnęła się lekko. Dotknęła palcem mojej wargi, niemal wsuwając go do moich ust.
- Nigdy mnie nie całowałeś. – Wyszeptała z rozczarowaniem w głosie.
- Nigdy o to nie prosiłaś.
- Pokaż mi jak to zrobiłeś z tą całą… jak jej tam? Marleną?
Patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Dotąd nasze relacje były dość… specyficzne. Wykorzystywaliśmy się nawzajem. Nigdy nie okazywaliśmy sobie uczuć. Nie zamierzałem tego zmieniać. Może to po prostu jej nowa zachcianka?
- No dalej. – Ponagliła mnie.
Spojrzałem w jej niebieskie oczy, które wpatrywały się w moje z coraz większą niepewnością. Polubiła mnie, pomyślałem z triumfem. Poważny błąd, kochana.
Przyciągnąłem ją do siebie i złączyłem nasze usta. Lekko rozsunąłem jej wargi, przesunąłem po nich językiem. Delikatnie, bez pośpiechu. Tak jak zrobiłem z tamtą dziewczyną. Trzeba im pokazać, że są dla nas ważne, wtedy łatwiej się nam oddają.
Odsunąłem się od niej po chwili.
- Tak, młodej dziewczynie możesz tak w ten sposób zawrócić w głowie. – Zaśmiała się krótko. – A teraz pokażę ci jak powinno się to robić.
Pchnęła mnie na podłogę i pochyliła się nade mną.
- Nie ruszaj się. – Wyszeptała i pocałowała mnie. Mocno i namiętnie. Była odważna i pewna siebie. Mimo to wyczułem, że mogę z nią zrobić co zechcę. Rozpływała się w moich ramionach. Zapomniała, że miałem się nie ruszać i gestami domagała się dotyku. Zsunęła ze mnie ubrania.
- Alex. – wszeptała pomiędzy pocałunkami. – Powiedz, że mnie kochasz.
- Kocham cię…
Dostrzegłem jej słabość. Oddała mi się cała i pozwoliła zrobić to, co tylko zechcę. Zaufała mi i zburzyła swój mur.
To bardzo poważny błąd.

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][2]

- Proszę bardzo. – Otworzyłem drzwi by wpuścić Marlenę. Od jakiegoś czasu się z nią umawiałem. Nie uzgadnialiśmy, że jesteśmy razem, ale ona chyba już dopowiedziała swoje. – Stęskniłaś się?
- Chciałam coś wyjaśnić… – Odparła, niepewnie wchodząc do przedpokoju.
- Co wyjaśnić?
- Kim jest ta dziewczyna. – Pokazała zdjęcie, na którym byłem z jakąś laską. Jak ona miała na imię…?
- Nie pamiętam jej. – Powiedziałem.
- Alex! Przecież się z nią całowałeś! – Spojrzała na mnie w niedowierzaniu.
- No i co z tego? Całowałem wiele kobiet..
- Co?!
- Przecież nie jesteśmy razem. Czemu cię to obchodzi? – Zapytałem opierając się o framugę wciąż otwartych drzwi.
Z jej oczu poleciały łzy. Nienawidzę jak kobiety płaczą.
- No już… – Westchnąłem. – Nie becz.
- Myślałam, że mnie kochasz! – Krzyknęła i załkała jeszcze głośniej.
- Ja nie potrafię kochać. – Zrobiło mi się szczerze żal tej dziewczyny. – Nie płacz, proszę cię… to nie twoja wina…
W chwili gdy uniosłem dłoń, uderzyła mnie w twarz.
- Nienawidzę cię! – Krzyknęła i wybiegła z domu.
Odprowadziłem ją wzrokiem, a gdy już znikła za furtką, zamknąłem drzwi.

[POS - Fragment wstępu do IV części - Alex][1]

Przedstawiam Wam moje kolejne dzieło… albo raczej jego cząstkę. Akurat to dzisiaj poprawiłam/ dokończyłam i można uznać to za logiczną całość, nie wyjawiając jednocześnie żadnych szczegółów opowieści, której oczywiście skończonej nie mam. Bo to ja…

Fragment będę dodawać mini fragmentami. Tak, żeby dłużej szło :P W tym czasie będę pisać „Sto metrów pod ziemią”. Mam nadzieję, że to w końcu skończę… bo miałam zamiar być w połowie historii z ilością stron, które mam, a się okazało, ze jestem na początku. Bo to ja…

Dziękuję za uwagę :D

_____________________________

- Wiem, że potrafisz robić sztuczki. – Zachęcała czarnowłosa dziewczyna. Siedziała na mojej ławce i uśmiechała się do mnie przemiło. To właśnie przez nią cała klasa się na mnie gapiła. Co ja, klaun?
- Nie będę się tutaj wydurniał. – Warknąłem.
- Dawaj chociaż jedną. No chyba że nie potrafisz… – Roman próbował mnie jakoś przekonać… albo raczej wkurwić.
Westchnąłem zirytowany i wstałem z miejsca. Podszedłem do chłopaka, który się przed chwilą odezwał. Był wyższy ode mnie. I miał o wiele gorszy refleks.
- Patrz w moje oczy. – Poleciłem mu.
-Masz jedno oko. – Zaśmiał się i odgarnął moją białą grzywkę, ukazując szramę ciągnącą się od brwi, aż po policzek. Przez to cięcie straciłem jedno oko. Ale to ja zwykle WIDZIAŁEM więcej niż inni.
- To jakaś równowaga w przyrodzie jest. – Uśmiechnąłem się szeroko. Już dawno nauczyłem się ukrywać swój strach przed pokazywaniem swojego kalectwa.
- Co? – Nie zrozumiał.
- Ja nie mam oka, ty portfela. – Pokazałem zawłaszczone zawiniątko. Chłopak poklepał się po kieszeniach i wlepił we mnie wściekłe spojrzenie.
- Oddawaj! – Wyrwał portfel z mojej dłoni i sprawdził jego zawartość. – Brakuje dwadzieścia złotych!
- Chyba coś ci się pomyliło. – Wróciłem do swojej ławki, gdzie wciąż czekała na mnie białogłowa. Teraz patrzyła na mnie z podziwem.
- Oddawaj je!
- A masz dowód, że ja je ukradłem? Widział ktoś? – Zapytałem, oglądając się na wszystkich po kolei. Parę osób pokręciło głowami.
- No właśnie. – Wymruczałem zadowolony, przeciągając się jak kot. Byłem bogatszy o dwadzieścia złotych.

[7] Sto metrów pod ziemią – Mecz

Obecnie jestem w trakcie pisania nowszej wersji tego opowiadania. Jeśli ktoś nie chce sobie mieszać, niech nie czyta.
_______________________________
Podniosłem jeden kącik ust w górę i spojrzałem na zielonookiego. Odwzajemnił spojrzenie i również się uśmiechnął. Zamierzałem dać mu wygrać mecz. Niech udowodni wszystkim, że nie jest złym graczem.
Teraz nasza drużyna składała się z Emila, Rafała, Kacpra i Sebastiana. Emil był najniższy i prawdopodobnie najzwinniejszy. Rafał najwyższy i potrafiący rzucać z każdej odległości. Kacper świetnie bronił, a ja potrafiłem każdemu odebrać piłkę. Co do Sebastiana nie miałem pewności, bo był nowy.
Gra się rozpoczęła.
Dorwałem piłkę i przekazałem ją Rafałowi, gestem wskazując mu do kogo ma podać. Chwilę później piłkę trzymał Emil, który w chwilę znalazł się pod koszem i zdobył punkt.
Poczułem przypływ energii. Pierwszy raz od dawna świetnie bawiłem się grając w kosza na treningu. Obserwowałem, jak Emil nabiera pewności siebie i rzuca do kosza z połowy boiska. Przeciwnicy nie mieli szans. Zdobyli zaledwie połowę punktów, które mieliśmy my.
Adam z coraz większą determinacją próbował odebrać piłkę Emilowi, gdy tylko on dostał ją w swoje ręce. Jednak nie zawsze mu się to udawało. W połowie meczu Emil był padnięty. Już nie trudno było go pokonać. Teraz to ja z Rafałem zdobywaliśmy kolejne punkty, a Kacper i Sebastian mieli więcej do roboty przy obronie. Drużyna przeciwna niemal zrównała się z nami, ale ostatecznie to my wygraliśmy różnicą pięciu punktów.
- Super! – Zawołał Rafał szczerząc zęby do Emila. – Dobry jesteś!
- Pewnie, że dobry. – Powiedziałem szczerze ciesząc się z wygranej.
- Emil, Sebastian! – Zawołał trener. – Chodźcie tu na chwilę.
Chłopak spojrzał na mnie niepewnie i poszedł do trenera.
- Chodź. – Rafał zgarnął mnie ramieniem i ruszyliśmy w stronę przebieralni. – Nie źli są ci nowi. Skąd wytrzasnąłeś Emila?
- Grał ze mną w mistrzostwach województwa. To znaczy w przeciwnej drużynie.
- Serio? A teraz gdzieś trenuje?
- Nie.
- To wiele wyjaśnia… – Uśmiechnął się do mnie. – Skoro nie grał przez trzy lata to jestem ciekawy jak gra, gdy jest w formie.
Usłyszałem gwizdek trenera. Rozpoczyna się kolejny mecz.

Czekałem na Emila na korytarzu. Trener dość długo go przytrzymał po meczu. W końcu wyszedł z szatni.
- I jak się podobało? – Zapytałem z uśmiechem.
- Fajnie… Czemu pozwoliłeś mi wygrać? – Zapytał zatrzymując się naprzeciw mnie. Jego zielone oczy błyszczały z zadowolenia, nawet gdy patrzył na mnie podejrzliwie.
- Jak to dlaczego? Nie jesteś w formie, a chodziło o to, żeby pokazać co potrafisz.
- Ja już nic nie potrafię… Jestem beznadziejny.
- Bzdura! – Sprzeciwiłem się. – Co chciał od ciebie trener?
- Pytał, czy się nie przyłączę. Kompletnie tego nie rozumiem… Jestem beznadziejny.
- Przestań to powtarzać. Zgodziłeś się?
- Powiedziałem, że się zastanowię. – Wzruszył ramionami. – Nie mogę codziennie chodzić na treningi. Mam pracę. A później, co z meczami?
- To nie szkodzi. Możesz na przykład krócej być na treningu, a po pracy nadrabiać. A jeżeli chodzi o mecze… masz pracę na zmiany, prawda?
- No tak..
- Chcieć to móc.
Uśmiechnął się lekko.
- Racja.