Pytanie do Was

Mam 35 stron „Sto metrów pod ziemią” w Wordzie… Przeczytałam to i stwierdziłam, że jest do… no właśnie. Chciałabym napisać to lepiej, poprowadzić płynniej historię, bo w tym wszystkim zgubiłam sens.
Tak więc już się za to zabrałam. Opisuję osoby, tworzę zarys całej historii. Nawet na lekcjach piszę. Muszę to zrobić… po prostu nie mogę znieść tego, że kolejną historię robię na odwal. Chcę coś skończyć! Zrobić to porządnie. Przecież potrafię.
Potrafię i to zrobię.
Inna sprawa, że może mi to trochę zająć. Mam mało czasu i ogólnie muszę się zmuszać, żeby się zabrać za coś dodatkowego, a nie usiąść na kanapie i z westchnieniem ulgi włączyć telewizor, by pogrążyć się w głupocie „trudnych spraw” xD Żartuję, dawno tego nie oglądałam ;D
Tak więc pytanie do Was.

Poprawię to opowiadanie, ale do tego czasu dodać to, co mam (stare), czy chcecie przeczytać dopiero tą właściwą historię, zrobioną jak należy?

Nowa wersja będzie sporo odstawać od teraźniejszej. Dojdą nowe postacie, uwydatnię te, które już są, zmieni się chronologia wydarzeń, niektóre odejmę, niektóre dodam itp. itd.

[6] Sto metrów pod ziemią – Kac

Niewiele pamiętałem z ostatniej nocy. Mało czasu zajęło bym wpadł w doskonały nastrój i zaczął paplać jak najęty, a jeszcze mniej by urwał mi się film.
Gdy otworzyłem oczy powitało mnie nowe miejsce i ból. Wielki ból głowy. Rozejrzałem się dookoła, próbując ogarnąć gdzie jestem. Był to pokój… biały. Wszędzie biało, jedna czarna szafa, okno bez firanki i łóżko na którym leżałem ja z… Emilem? O kurwa.
Chciałem wstać, ale gdy tylko podniosłem głowę zrobiło mi się niedobrze. Zerwałem się i rzuciłem w stronę drzwi, modląc się jednocześnie by łazienka była blisko. Znalazłem ją na końcu krótkiego korytarza i w ostatnim momencie zdążyłem niemalże wpaść do kibla, gdy mój żołądek się ostatecznie zbuntował.
Po chwili w drzwiach łazienki stanął Emil. Miał na sobie ubrania ze wczoraj. Wyglądało na to, że w nich spał.
- I masz co chciałeś. – Skomentował z uśmiechem.
- Ta. – Jęknąłem, gdy mój żołądek znów się skurczył.
Chłopak podał mi chusteczki.
- Czemu jesteśmy u ciebie? – Zapytałem, odwracając głowę w stronę kibla. Było mi głupio, że widzi mnie w takim stanie.
- Nie mam pojęcia gdzie mieszkasz, a wolałem cię nie zostawiać samego…
- Cholera… Przepraszam. Nie pomyślałem o tym…
- Spoko. Zrobię coś do jedzenia. Jakieś konkretne życzenia?
- Tabletka na ból głowy… – Mruknąłem.
Zaśmiał się i wyszedł z łazienki.
Ja pierdole… jak mogłem się tak załatwić na swoje życzenie… nigdy więcej. Uśmiechnąłem się do swoich myśli. Właśnie o to chodziło.
Gdy zdołałem dojść do kuchni bez rewolucji żołądkowych, Emil szykował jajecznicę.
- Na stole masz tabletki. – Powiedział, przekładając jajka na talerze.
- Dzięki. – Wziąłem dwie i popiłem wodą, która też stała na stole. Usiadłem  ciężko na krześle i zamknąłem oczy. Nie było już tak źle jak napiłem się wody, ale dalej suszyło mnie w gardle.
- Proszę. – Chłopak postawił przede mną talerz z jajecznicą i chlebem.
- Jesteś boski. Dzięki. – Powiedziałem, odbierając od niego sztućce i zaczynając jeść.
Emil zajął miejsce po drugiej stronie stołu i zajął się swoją porcją.
- Nie nabroiłem? Wiesz… nic nie pamiętam. – Zapytałem po chwili ciszy.
- Jedynie paplałeś jak najęty i pytałeś mnie o wszystko.
- Wszystko? – Zaniepokoiłem się. – A na przykład o co?
- Jak to jest być gejem. – Zaśmiał się, gdy się skrzywiłem.
- No to ciekawie… – Mruknąłem. Miałem nadzieję, że się nie zorientował, że z jakiegoś dziwnego powodu mnie pociąga…
- Co do łóżka… – Zaczął. – Jak tylko przyszliśmy to się tam położyłeś, a że ja nie miałem ochoty spać na kanapie, której nie posiadam, to wyszło na to, że spaliśmy razem.
- Spoko. – Powiedziałem, udając, że mnie to nie obchodzi.
- Więc powiesz mi czemu się upiłeś?
- Nie mówiłem? Chcę spróbować takiego życia…
- To nie życie. To letarg. – Powiedział ze złością w głosie.
- Ty tak żyjesz.
- No i? Wiesz ile bym oddał by być na twoim miejscu… – Odwrócił wzrok.
- Proszę bardzo. Przyjdź w poniedziałek na trening.
Nie odpowiedział, dalej wpatrywał się w jakiś punkt na ścianie. Wyciągnąłem dłoń i chwyciłem go za szczękę, odwracając twarz w swoją stronę.
- Mówię poważnie Emil.
- Spoko. – Zrobił to samo, co ja przed chwilą. Zaczął udawać, że go to nie obchodzi.
- Będę czekać. – Powiedziałem z uśmiechem. Odepchnął moją dłoń i spojrzał na mnie ze złośliwym uśmiechem.
- Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że lubisz mnie dotykać.

Czas do poniedziałku dłużył mi się niemiłosiernie. Gdy w końcu zobaczyłem zielonookiego na korytarzu, nie mogłem powstrzymać szerokiego uśmiechu. Właśnie podszedł do niego trener i o coś zapytał. Uwiesiłem się na ramieniu Emila, który zaskoczony w pierwszej chwili chciał mnie odepchnąć. Jednak, gdy mnie rozpoznał, zrezygnował z próby. Na jego twarzy zobaczyłem zmieszanie.
- Trenerze, to Emil. Zaprosiłem go na mecz.
- Grałeś kiedyś? – Zapytał mężczyzna zaciekawiony.
- Trzy lata temu grałem w mistrzostwach województwa, a później zrezygnowałem.
- Grał w finale. – Dodałem.
Trener kiwnął głową.
- Przebierajcie się.
Zaprowadziłem Emila do szatni.
- Witam! – Krzyknąłem otwierając drzwi. Była tam cała drużyna, plus ci, którzy postanowili spróbować do nas dołączyć. Oczy wszystkich skierowały się na nas.
- Siemasz Mat! – Rafał podszedł do mnie i podał mi rękę. Przywitałem się z nim naszym zwyczajowym uściskiem dłoni.
- To Emil. – Poklepałem mojego towarzysza w ramię i wskazałem na Rafała. – A to Rafał, nasz lider.
- Miło cię poznać. – Rafał wyciągnął rękę do Emila, a ten niepewnie chwycił jego dłoń. – Będziesz z nami dzisiaj grać?
- A niby po co by tu przychodził? – Zapytałem kierując się do swojej szafki.
- Tak, będę grać. – Powiedział Emil z satysfakcją w głosie.

Trener porozstawiał nas w pięcioosobowych drużynach. Razem wyszły cztery drużyny. Niestety Emil nie wylądował w mojej, co mnie rozczarowało. Chciałbym chodź raz zagrać z nim w jednej drużynie.
Po rozgrzewce trener postanowił, że nasze (moja i Emila) drużyny rozpoczną mecz.
Gra zaczęła się leniwie. Zdobyłem pierwsze punkty, rzucając ze środka boiska. Emil próbował mnie kilka razy blokować, jednak nie miał przy mnie szans. Raz dałem mu odebrać piłkę, za co zostałem spiorunowany wzrokiem przez Adama, z którym grałem w zespole. Nie grało mi się wcale przyjemniej niż na poprzednich treningach. Zatrzymałem się z boku boiska i patrzyłem jak Emil próbuje dorównać reszcie. Miał dobrą technikę, jednak wyszedł z wprawy. I był zmachany jakby przebiegł maraton. Mimo wszystko szło mu lepiej niż innym nowicjuszom.
- Co jest? – Zapytał trener podchodząc do mnie.
- Nic. – Wzruszyłem ramionami.
- Chcesz zagrać z nim w jednej drużynie? – Zapytał patrząc na Emila. – Ma coś w sobie, ale nikt mu nie pozwala dostać się do piłki. Miał ją tylko raz w rękach, gdy ty mu pozwoliłeś.
- Zmień go z Adamem. – Powiedziałem wracając na boisko.
- Zmiana! – Zawołał trener. Wszyscy się zatrzymali. – Adam, przechodzisz do przeciwnej drużyny za Emila. Gramy od nowa!

[5] Sto metrów pod ziemią – Chcę się napić

- Mat, kurde! – Wrzasnął trener. – Broń to! Co się dzisiaj z tobą dzieje!
Przetarłem twarz dłonią i spojrzałem jak piłka uderza w ziemię pod koszem. Nie obroniłem. W szkole niemal spałem na lekcjach, a teraz byłem totalnie wykończony…
- Weź się w garść! – Rafał trzepnął mnie w głowę i odwrócił się na pięcie, chcąc zająć swoją pozycję na boisku.
- Sorry…
-  Chodź tu. – Zawołał trener. – Coś ty robił w nocy? Oczy ci się zamykają!
- Przepraszam trenerze. – Wymamrotałem. Miałem dość. Chce grać, czy nie?
- Idź do domu. – Nakazał z miną „Zawiodłem się a tobie.”.
- Ale…
- Już! I nie przychodź więcej w takim stanie. – Machnął ręką w kierunku szatni. Wszyscy się na mnie gapili.
- Ale ja nic nie zrobiłem!
- Słuchaj, od jakiegoś czasu nie chce ci się grać. A to co dzisiaj robisz jest bez sensu. Idź odpocząć.
Zacisnąłem usta w wąską linię i ruszyłem w stronę szatni. Mam powoli tego wszystkiego dość.

Wkurzony wyszedłem ze stadionu. Nosz kurwa! Nawet jednej nocy nie mogę zawalić… jestem pod stałą kontrolą!
Wsiadłem do auta i pojechałem. Nie ważne dokąd. Ważne, że przed siebie. Po chwili jednak na kontrolce pojawił się znaczek braku paliwa. Skręciłem na stację. Zatankowałem i poszedłem zapłacić.
Przy kasie zastałem Emila. Jego widok od razu poprawił mi humor.
- Cześć. – Przywitałem się, szczerząc zęby jak idiota.
- Hej. Nie na treningu? – Zapytał odbierając ode mnie pieniądze za paliwo.
- Wylali mnie.
- Że co?! – Spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
- Spokojnie. Tylko dzisiaj mnie trener wyrzucił.
- Czemu?
- Jestem zmęczony…
- Po jednej nieprzespanej nocy? – Przerwał mi i zaczął się śmiać. – Słabooo.
- … i do tego nie chce mi się grać. – Dokończyłem odbierając od niego resztę.
- Jeszcze kilka godzin temu grałeś jak nowo narodzony.
- Bo nie musiałem. – Stwierdziłem.
Chłopak spojrzał na mnie, marszcząc brwi.
- Dzisiaj też idziesz do klubu? – Zapytałem, by zmienić temat.
- Tak. Ale ciebie tam nie będzie. – Powiedział dziwnym tonem. Stwierdził. Był tego pewien.
- A to czemu?
- Nie możesz zawalić kolejnego dnia.
- Mam dość planu dnia ustalonego z góry… Zaczynam się zastanawiać, po cholerę to wszystko w ogóle robię…
Chłopak zacisnął usta.
- Przepraszam, ale nie mogę tu z tobą dłużej rozmawiać. Zaraz szef się wścieknie, że tak długo…
- W takim razie dzisiaj o dziesiątej przed klubem.
Powiedziawszy to odszedłem. Nie byłem pewien, czy Emil przyjdzie. Ale i tak będę na niego czekał choćby i całą noc. Miałem ochotę się zatracić. Chociaż raz zrobić coś, czego JA chcę.

Noc była zimna. Ludzie przed klubem już teraz wydawali się nie kontaktować z rzeczywistością, chodź nie wybiła jeszcze północ. Pierwszy raz miałem ochotę zanurzyć się w ich świecie.
W ciemności ulicy rozpoznałem Emila. Nie był sam. Za nim szedł gość ze wczoraj. Złapał Emila za rękę i szarpnął w tył. Zaczął coś do niego mówić. Zielonooki próbował się wyrwać, a wtedy nieznajomy wyciągnął wolną dłoń w stronę szyi chłopaka. Nim zdążyłem do nich podbiec, koleś przyciągnął Emila do siebie i pocałował go.
Dopadłem do nich, szarpnąłem czerwonowłosego w tył i zamachnąłem się na niego pięścią. Po chwili facet leżał z zakrwawioną twarzą. Chyba rozciąłem mu wargę…
- Mat! – Emil chwycił moje ramię, uniesione do kolejnego ciosu.
- Masz nowego fagasa, tak? – Warknął leżący i splunął krwią. Zero litości dla sukinsynów. Aż świerzbiła mnie ręka by, znów mu przypieprzyć, ale zaciśnięta dłoń Emila na moim ramieniu, przypominała mi, że nie powinienem tego robić.
- Nie jest MÓJ. – Warknął Emil do czerwonowłosego. – Trzymaj się ode mnie z dala, Damian! – Dodał i pociągną mnie w głąb uliczki.
- Co tobie kurwa odbiło! – Krzyknął, gdy znaleźliśmy się na tyle daleko, by nikt nas nie podsłuchał.
- Mi? – zdziwiłem się. – Przecież ci pomogłem, no chyba, że chciałeś by on…
- Nie chciałem… – Emil zacisnął usta. – Ale nie powinieneś robić przy mnie takich scen…
- Niby czemu? – Nie rozumiałem.
Chłopak westchnął z rozdrażnieniem.
- Będą gadali, że jesteś gejem.
- Mało mnie to obchodzi. – Rzuciłem. On się przejmuje moją reputacją…
Założył ręce na piersi.
- To po co chciałeś się spotkać?
Wzruszyłem ramionami.
- Zamierzam się upić.
- Co?! – Jego zielone oczy wbiły się ze mnie.
- Nigdy tego nie robiłem. W sensie nie piłem. – Spojrzałem w stronę klubu. – Chcę poznać trochę tego świata… i muszę mieć chwilę przerwy…
- Ale to nie jest dobry sposób… Mat, to nie twój świat. Ty jesteś… – Szukał odpowiedniego słowa. –  …lepszy.
- Jak nie chcesz ze mną iść to nie, mogę pić sam. – Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę klubu.
Po chwili usłyszałem za sobą kroki. Emil do mnie dołączył. Uśmiechnąłem się w duchu. Nie chciałem zostać sam. Wątpię czy poszedłbym do baru, gdyby on mnie olał.
- Jadłeś coś? – Zapytał po chwili.
- Nie – Zaśmiałem się. – Chcę się upić, a nie wydawać fortunę na alkohol.
- Nie musisz się od razu upijać… To nie jest nic przyjemnego. Możesz się napić trochę…
- Emil. – Przerwałem mu. – Chodzi mi o to, by spróbować, a później tego żałować.
Uniósł brwi. Nie byłem pewien czy zrozumiał przesłanie, ale w tym momencie mnie to nie obchodziło. Szedłem zrealizować swój plan
Weszliśmy do klubu i dopadliśmy bar. Od razu zamówiłem wódkę.
- Jak dziecko. – Stwierdził Emil. – Chcesz coś i to bierzesz, nie słuchając rozumu…
- Oj tam.
Wypiłem trzy kieliszki po kolei. Emil patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami. Swojego kieliszka nie tknął.
- Będziesz pił? – Zapytałem. Gardło mnie paliło. Obrzydliwe.
- Nie. Wolę popatrzeć jak się pogrążasz. – Uśmiechnął się złośliwie.
Zabrałem od niego kieliszek.

[4] Sto metrów pod ziemią – Koszykówka

Coś po mojej prawej stronie się poruszyło, odwróciłem się w tamtą stronę i ze zdziwieniem spojrzałem w swoje niebieskie oczy, odbijające się w lustrze, opartym o ścianę. Widziałem w nim siebie i Emila. Dziwnie mi było patrzeć na nas obok siebie. Byliśmy swoimi przeciwieństwami. On ciemnoskóry, ja blady jak kreda. On z kruczoczarnymi, długimi włosami, ja z krótkimi i niemal białymi. Byłem od niego wyższy co najmniej o głowę, a także mocniej zbudowany.
- Jesteśmy. – Wyrwał mnie z zamyślenia.
Boisko. Przyprowadził mnie na boisko, pomyślałem. Zamierzał grać w środku nocy? Była tu tylko jedna lampa, która ledwo co oświetlała plac pomiędzy starymi budynkami.
- Tu gdzieś była piłka… – Wymamrotał chłopak, szukając w tym całym śmietnisku wspomnianej piłki. Po chwili znalazł zgubę. – O! Zagramy?
- Teraz? – Zdziwiłem się.
- Przecież ci zimno. To z pewnością cię rozgrzeje. – Mrugnął do mnie. Patrzyłem jak podbiega do kosza i płynnym ruchem bezbłędnie trafia piłką w cel. Jego włosy były w jeszcze większym nieładzie niż przed chwilą.
- Punkt dla mnie! – Krzyknął. – Masz się zamiar poddać? Walkower?
Podszedłem do niego i wziąłem piłkę z jego rąk.
- Spróbuj mi ją odebrać.
Ustawiłem się na środku boiska i pobiegłem truchtem w stronę kosza. Emil zastąpił mi drogę, jednak błyskawicznie go ominąłem. Ponowił próbę, też z tym samym rezultatem. Z coraz większą determinacją zaczął próbować mnie blokować, jednak z marnym skutkiem. Nie zdołał mnie wybić z rytmu. Rzuciłem spod samego kosza.
Emil patrzył na mnie wściekły.
- Kurde. Dobry jesteś. Lepszy, niż zapamiętałem.
- A ty gorszy, niż pamiętam.
Dostałem pięścią w żebra.
- Au – Syknąłem. Bardziej z zaskoczenia niż z bólu.
- Chodź. Spróbuj teraz mi odebrać piłkę!

Graliśmy naprawdę długo. Gdy zmorzyło nas zmęczenie, słońce już podnosiło się znad horyzontu. Emil usiadł za mną i oparł się o moje plecy.
- A na dziewiątą do szkoły. – Powiedziałem, śmiejąc się ze swojej głupoty. – Następnie o piętnastej trening. – Wymamrotałem. Trener mnie zjedzie za dzisiejszą niedyspozycję.
- Codziennie masz treningi?
- W tygodniu tak.
- Cholera. Przepraszam.
- Czemu? – Zdziwiłem się.
- Będziesz zmęczony. To nie był dobry pomysł.
- I co z tego? Świetnie się bawiłem. Dzięki. Już zapomniałem, że kiedyś gra sprawiała mi radość.
- Jak można o tym zapomnieć? – W jego głosie słychać było niedowierzanie.
- Codzienne treningi. Wypruwanie sobie żył. Jeden dzień podobny do drugiego. Rezygnowanie ze wszystkiego, co może przeszkodzić w zaplanowanym rozkładzie dnia… Żyjąc w ten sposób łatwo zapomnieć jaki jest tego cel.
Emil milczał. Odezwał się dopiero wtedy, gdy już myślałem, że nie doczekam się reakcji.
- Zawsze widziałem cię radosnego. Gdy wtedy, na mistrzostwach grałeś… biła od ciebie szczera radość… Bawiłeś się piłką i zarażałeś optymizmem. Przez chwilę, można było nawet zapomnieć, że się przegrywa. Tańczyłeś na boisku i niemal uczyłeś nas swoich kroków. Do dziś to pamiętam… A przed chwilą wyglądałeś podobnie.
- Ja pamiętam, że byłeś świetnym graczem. Nikt na boisku się z tobą nie równał. Jednak meczu nie wygrywa się w pojedynkę.
Chłopak westchnął. Chciałem spojrzeć mu w oczy, zobaczyć jaką ma minę.
- Mecz można wygrać w pojedynkę. Jesteś tego najlepszym przykładem.
Zaśmiałem się. No tak. Wtedy na mistrzostwach zdobyłem 2/3 punktów i obroniłem połowę piłek. Musiałem być wszędzie. Inaczej nigdy byśmy tego nie wygrali.
- Przyjdź na trening. – Wyszeptałem.
Nie odpowiedział. Siedzieliśmy milcząc i patrzyliśmy na pełzające po ziemi cienie…

Szablon – Tancerka

Szablon

                  Szablon – Tancerka

Wielkość 60:37 [cm]
Potrzebne materiały – kartka, brystol, ołówek, linijka, nożyk/nożyczki, pomysł

Zrobione dzisiaj. Potrzebne do szkoły na lekcje zawodowe :)
Jak Wam się podoba? Chcielibyście użyć taki szablon na swojej ścianie?

[3] Sto metrów pod ziemią – Impreza, czyli coś czego nie cierpię…

- Mateeeee! – Julia wbiegła na korytarz stadionu wpadając w moje ramiona. – Idziesz ze mną na imprezę?
- Znowu? – Zdziwiłem się. Zwykle ze mną nie chodziła, a teraz chciała drugi raz w tygodniu. Czyli teraz serio nie ma chłopaka?
- Imprezka? – Zapytał Rafał z uśmiechem wychodząc z naszej szatni. – Może ze mną pójdziesz? Mat to nudziarz.
Dziewczyna przytuliła się do mnie bardziej.
- Wolę z nim. – Pokazała mu język. Kiedyś z nim chodziła, ale nie jestem pewien kiedy to było.
- Pewnie, idźcie papużki nierozłączki. – Zaśmiał się i poszedł w stronę recepcji.
- To jak? – Zapytała Julka, szczerząc do mnie zęby.
- Tylko żebym znowu nie musiał czyścić samochodu z twoich wymiocin…
- Ok!

 

No i trafiłem. Dyskoteka. Boże, ile tu ludzi… zgłupieli?
Siedziałem przy stoliku patrząc, jak Julia wije się wokoło jakiegoś typka. Kochałem ją, ale jednocześnie była najgorszym typem dziewczyny jaki znam. Uwielbiała imprezować, zdradzała chłopaków i była wredna dla dziewczyn. Zastanawiam się w ogóle czemu się z nią zaprzyjaźniłem.
Nagle obok mnie usiadł jakiś chłopak. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że to Emil. Miał na sobie obcisłe czarne rurki i białą zbyt dużą koszulę ze smokiem na klacie. Jego włosy były w nieładzie. Miałem ochotę ich dotknąć, gdy tylko pojawiły się tuż obok mnie.
- Nie za długą smycz ma twoja dziewczynka? – Zapytał, przybliżając twarz do mojej, bym go usłyszał, a jednocześnie patrząc z zadowoleniem na wijącą się Julię.
- Nie jest moja.
- Serio? Myślałem, że jesteście razem. – Spojrzał na mnie z bladym uśmiechem. – No tak, ty dla wszystkich jesteś miły.
Upił łyk piwa, który ze sobą przyniósł.
- Chcesz? – Wskazał na kufel.
- Nie pije.
- Nie palisz, nie pijesz, z pewnością dragów nie bierzesz… Nuuda.
- Nie narzekam. – Spojrzałem na Julkę kradnącą pocałunek faceta, z którym cały czas tańczyła. Skrzywiłem się.
Chłopak podążył za moim spojrzeniem i zaśmiał się.
- Dobra jest. Też bym jej chętnie skosztował. – Uwiesił mi się na ramieniu i zbliżył usta do mojego ucha. – Miałeś okazję?
Zamarłem. Jego szept przy moim uchu… Otrząśnij się Mat. To jest facet!
Odwróciłem głowę w jego kierunku. Zielone oczy były naprawdę blisko mnie i wpatrywały się w moje usta.
- Nie, nie miałem okazji. – Wyszeptałem. Nie chciałem szeptać, ale ciepło na moim ramieniu i zapach chłopaka mnie otumanił. Nie byłem pewien, czy chłopak usłyszał co mówię.
Emil odsunął się ode mnie.
- Dobra, nie bądź już taki spięty. Nie ruszę jej.
Obserwowałem jak wychyla cały kufel piwa.
- Jak twój nos?
- Dobrze. – Odstawił kufel i wyszczerzył do mnie zęby. – Jak ktoś chce mnie uszkodzić musi się bardziej postarać.
Chwyciłem go za brodę i obejrzałem nos z obu stron. Ani śladu. Jednak nie był wtedy złamany. Może za bardzo zacząłem panikować.
- Mamuśka się już upewniła, że wszystko w porządku? – Zapytał z bladym uśmiechem na twarzy. – Jeszcze się przyzwyczaję, że ktoś się o mnie troszczy.
Puściłem go, a on wstał.
- Idę po piwo, przynieść ci coś?
- Wodę.
- Nuuda. – Mrugnął do mnie i odszedł.
Co ja wyprawiam? Co to za dziwne uczucia? Faceci nie zachowują się tak w stosunku do siebie. Nigdy nie interesowały mnie dziewczyny, ale też nigdy nie zakochiwałem się w facetach. Myślałem, że jestem wyprany z uczuć.
Zauważyłem, że do Emila podszedł jakiś facet z czerwonymi włosami. Bezceremonialnie złapał go za tyłek i pochylił się nad jego uchem, pewnie coś mówiąc. Emil odepchnął chłopaka i złożył zamówienie u barmana, a po chwili powiedział coś nieznajomemu, który ciągle stał przy nim. Później wrócił do mnie z moją wodą i kolejnym piwem dla siebie.
Bez słowa odkręciłem pół litrową wodę i wypiłem ją do połowy.
- Chyba nie wrócisz dzisiaj do domu z towarzyszką. – Emil wskazał na Julię, prowadzoną przez jakiegoś faceta do wyjścia. Co ona najlepszego wyprawia?
- Pewnie tak. – Westchnąłem. Byłem zmęczony, wygląda na to, że mogę wracać do domu. Po co ona mnie tu w ogóle przyprowadziła?
- Jak długo się znacie? – Zapytał mój towarzysz i podniósł kufel do ust.
- Od dziecka. Nie wiem ile wtedy miałem lat… Siedem?
- Długi staż.
Facet z wcześniej zaczął machać do Emila. Z pewnością coś od niego chciał.
- Co za natręt. – Zamarudził mój towarzysz i oparł się na moim ramieniu, jednocześnie wystawiając język do tamtego kolesia. Owy natręt skrzywił się i przestał machać.
- Czego on chce? – Zapytałem, a po chwili uświadomiłem sobie, że to było głupie pytanie.
Emil spojrzał na mnie zamyślony i wrócił do swojego kufla.
- Chce mnie przelecieć. Myśli, że jak ma kasę, to każdy się na niego rzuci. Nie cierpię takich ludzi.
Wypił piwo do końca.
- Idę zapalić. – Wstał z kanapy i spojrzał na mnie. – Idziesz też?
- Zapalić?
- Nie. Czy idziesz ze mną. – Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. – Przecież nie palisz.
Kiwnąłem głową i ruszyłem za nim.
Gdy wyszliśmy z zatłoczonego pomieszczenia od razu poczułem się lepiej. Emil już po chwili miał w ustach papierosa i zaciągał się dymem. Przyłapał mnie na tym, ze mu się przyglądam.
- Serio nie chcesz spróbować? – Chodziło mu o papierosa.
- Nie, dzięki. – Wsadziłem ręce w kieszenie i podreptałem w miejscu. Było zimno.
Emil uniósł brew w górę.
- Zimno ci?
- Trochę. – Było mi głupio przyznawać się do tego. Ale on był pijany i pewnie przez to nie odczuwał zimna.
-Chodź. – Powiedział Emil z tą swoją tajemniczą miną bez uczuć.

[2] Sto metrów pod ziemią – Już wiem, skąd znam tę twarz…

Gdyby ktoś nie zauważył, opowiadanie jest zaznaczone tagiem „Yaoi”, czyli miłość męsko-męska. Takową właśnie opisuję, więc jeśli komuś to przeszkadza – niech nie czyta :) Resztę zapraszam do lekturki „Sto metrów pod ziemią”

………………………………………

Czwarta klasa technikum jest do bani. Zbliża się matura i mam coraz mniej czasu na koszykówkę. Chodź może to i lepiej… ostatnio nie idzie mi za dobrze. Nie mam już ochoty grać. A powinienem się wziąć za siebie, jeśli chcę zostać zauważony. Mam dziewiętnaście lat i gram w II lidze.
Wracając ze szkoły zatrzymałem się na stacji benzynowej i wysiadłem z auta. Strasznie podrożała ta benzyna. Jeszcze trochę i przerzucę się na rower. Zatankowałem samochód i zapłaciłem za benzynę. Podchodząc do auta usłyszałem krzyki i łomot. Szybko zlokalizowałem bójkę za stacją.
- I co, podoba ci się cipo?! – Krzyknął jeden z dwóch dresiarzy kopiąc osobę leżącą na ziemi.
Rzuciłem się w tamtą stronę. Chwyciłem napastnika za ubranie i rzuciłem go z całej siły na ziemię. W tym czasie drugi dres zaatakował mnie, jednak jego uderzenie nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Nawet nie umiał wycelować w twarz. Powaliłem go na ziemię jednym grzmotnięciem w szczękę.
- Jesteś popierdolony! – Warknął na mnie ten pierwszy i rzucił się biegiem w stronę stacji, po chwili dołączył do niego kolega.
Spojrzałem na kolesia leżącego na ziemi. O kurwa. To ten zielonooki sprzed klubu. Siedział na ziemi trzymając się za nos. Miał zakrwawioną całą twarz. Kucnąłem obok niego.
- Nie źle dostałeś chłopie. – Chwyciłem jego rękę, chcąc by odsłonił twarz i pokazał mi swoje obrażenia .
- Odpieprz się. – Wyrwał mi się i spojrzał na mnie wrogo. Poznał mnie, a na jego twarzy zagościło zaskoczenie. – Co ty tu kurwa robisz?
- Tankowałem. – Znów chwyciłem go za rękę. Tym razem pozwolił mi się obejrzeć. Miał złamany nos, a krew dalej ciekła. Mógł mieć też inne obrażenia. Nie źle został skopany.– Zawiozę cię do szpitala.
- Nic od ciebie nie chcę. – Powoli zaczął się podnosić.
- Ale ja chcę. – Też się podniosłem. Byłem od niego wyższy o jakieś dwadzieścia centymetrów i z pewnością silniejszy.
- Ubrudzę ci tapicerkę.
Uniosłem brwi. Nie byłem jednym z tych facetów zbytnio przejmującymi się swoim samochodem.
- Chodź. – Ruszyłem w stronę auta. Nie szedł za mną. – Jak nie pójdziesz to i tak cię tam zawlokę. – Rzuciłem oglądając się przez ramię.
Chłopak skrzywił się, ale posłuchał mnie. Już po chwili siedzieliśmy w aucie i jechaliśmy do szpitala.
- Uwielbiasz bawić się w niańkę prawda? – Zapytał patrząc w boczną szybę.
- To chyba powinno być normalne… pomaganie komuś, no nie? – Spojrzałem na niego. Wytarł twarz z krwi. Na szczęście krwotok ustąpił.
- Kurwa patrz na drogę. – Warknął do mnie, posyłając mi wściekłe spojrzenie.
- Jak masz na imię? – Zapytałem po chwili milczenia. Teraz to on spojrzał na mnie. Czułem na sobie jego wzrok.
- Emil.
- Ja jestem…
- Mateusz, wiem.
- Skąd? – Nie wytrzymałem, znów spojrzałem w jego oczy. Jednak się gdzieś spotkaliśmy.
- Graliśmy w przeciwnych drużynach na mistrzostwach wojewódzkich w koszykówce.

Otworzyłem usta ze zdziwienia. Tak, teraz go pamiętam. Był jednym z niższych chłopaków i grał świetnie. Jednak meczu nie wygrywa się samotnie. Jak mogłem go nie skojarzyć?
- Patrz na drogę. – Upomniał mnie. – Jeździsz okropnie.
Uśmiechnąłem się i skręciłem w drogę prowadzącą do szpitala. Byliśmy na miejscu.
- Na twoje szczęście nie musieliśmy daleko jechać.
Wysiadłem z samochodu i otworzyłem przed nim drzwi.
- Przestań. – Warknął do mnie Emil.
- Co?
- Nie otwieraj mi drzwi.
- Mogłeś wysiąść zanim tu podszedłem.
Posłał mi wściekłe spojrzenie.
- Wysiadaj skarbie. – Zacząłem się z nim droczyć.
- Pieprz się. – Wysiadł z auta i zatrzasnął za sobą drzwi. – Do środka też ze mną wejdziesz? – Zapytał z ironią w głosie.
- Ba! I jeszcze odwiozę cię z powrotem. – Wyszczerzyłem zęby.
- Zaczynam się ciebie bać…

Siedziałem na korytarzu i czytałem czasopisma oferowane przez panią z recepcji. Po piętnastu minutach Emil wyszedł z gabinetu z czymś białym na nosie.
- Nie było tak źle, nie musiałem tu przyjeżdżać .
- Gdzie cię zawieźć?
Podał mi adres.
Posłałem mu uśmiech i wróciliśmy razem do auta. Sadowiąc się na siedzeniu, chłopak wyciągną papierosa. Wyrwałem mu go z ręki.
- Ej!
- Nie ma palenia w moim samochodzie.
Chłopak wymamrotał coś w odpowiedzi i zsunął się niżej na siedzeniu. Przy każdej zmianie biegu dotykałem jego nogi. Chyba obaj robiliśmy to specjalnie, on przysunął nogę, a ja trochę bliżej przysunąłem rękę. Nie rozmawialiśmy. Ja patrzyłem na drogę, on w boczną szybę.
Zaparkowałem przy jego bloku.
- Przyjdziesz na trening? – Zapytałem, patrząc  jak wysiada.
Chłopak znieruchomiał i obejrzał się na mnie.
- Nie grałem od trzech lat. – Wyszeptał.
- Jeśli chcesz pograć to przyjdź, równo za tydzień robimy nabór nowych graczy. Nie musisz dołączać jeśli nie chcesz. – Mrugnąłem do niego. – O jedenastej.

[1] Sto metrów pod ziemią – Czyli jak to się zaczęło

Julia bawiła się świetnie. Uwielbiała dyskoteki i alkohol. Czyli to, czego ja unikałem. Nie znosiłem tłumów, a używki po prostu nie były dla mnie. Postanowiłem się stąd wynieść, pozostawiając moją towarzyszkę sam na sam z kręcącym się dookoła niej chłopakiem. Ostatnią rzeczą jaką sobie życzyłem, to zobaczyć jego dłonie na jej ciele.
Wyślizgnąłem się na ulicę, która wydała mi się wiele bardziej przyjazna, nawet o pierwszej w nocy. Jednak i tutaj nie spotkałem się z pustką. Kolejka do klubu i pijani ludzie sprawili, że skrzywiłem się na ich widok. Czuć było papierosami i wymiocinami. Jak oni moją przychodzić tu z własnej woli?
Odwróciłem się, czując na sobie czyjś wzrok. Zastygłem. Zielone oczy ciemnoskórego chłopaka opierającego się o ścianę sprawiły, że zamarłem w pół kroku. Już gdzieś widziałem te oczy, ale mogłem sobie przypomnieć gdzie. Chłopak uniósł brwi i włożył do ust papieros, trzymany w lewej ręce. Wciąż na mnie patrzył. Drugą ręką odgarną długie czarne włosy z ramienia, a po chwili wyciągną paczkę papierosów w moją stronę.
- Chcesz?
- Nie, dzięki. Nie palę. – Powiedziałem szybko, a nieznajomy wzruszył ramionami. – Czy my się znamy?
- Znać… nie, nie znamy się. – Odparł rzucając śmierdzące gówno na ziemie i nadepnął je. Nie znosiłem papierosów. – Ale jak chcesz, możemy to zrobić.
- Co?
- No… Poznać się. – Uniósł jeden kącik ust w górę.
Nagle poczułem, że ktoś obejmuje mnie w pasie. Usłyszałem śmiech Juli. Czyżby skończyła z tamtym kolesiem?
- Mat. – Powiedziała ze śmiechem . – Czemu mnie zostawiłeś?
Chwyciłem jej dłonie i wyplątałem się z objęć. Dziewczyna ledwo stała. Była kompletnie pijana.
Zerknąłem na chłopaka przy ścianie. Przyglądał się nam z obojętną miną, popalając kolejnego papierosa. Nasze oczy znów się spotkały. Chciałem z nim dłużej porozmawiać.
- Twoja dziewczyna zaraz puści pawia. – Powiedział, a chwilę później obok mnie wylądowały jej wymiociny.
- Kurwa, Julia. Nie mogłabyś czasem przystopować? – Warknąłem odgarniając włosy z jej twarzy i podnosząc ją z klęczek. Nawet nie zauważyłem, jak się osunęła.
- Mhm. – Wymamrotała łapiąc mnie za koszulę by utrzymać się na nogach. – Zabierz mnie do domu.
- Chodź do samochodu. – Objąłem ją w pasie i skierowałem się na parking.
- Ej, dryblas! – Zawołał za mną zielonooki.
Spojrzałem w tył.
- Piłeś?
Zaskoczyło mnie to pytanie. Miał obojętny wyraz twarzy, ale w jego oczach dostrzegłem niepokój.
- Ja nigdy nie piję. – Zawołałem i ruszyłem z przyjaciółką do samochodu.